Przejdź do treści

Menu główne:

Stars

Planetarium
BANK
Les McKeown's Legandary BAY CITY ROLLERS
Po prawie 30-tu latach

...berlińska publiczność miała okazję przeżyć koncert  BAY CITY ROLLERS raz jeszcze, dzięki ekskluzywnwemu koncertowi zorganizowanemu  przez radio Berlin 88,8 dla swoich słuchaczy.
Nam natomiast przygotowano indywidualną konferencję prasową po przylocie  Les‘a Mc Keown do Berlina, za co serecznie dziękujemy Peterowi Rauh.
Przed sceną zgromadzili się - „dziewczyny i chłopaki”, którzy byli i są fanami grupy od 30-tu lat. Na zdjęciach obok, ta miła brunetka ma zdjęcie z Les’em z 1979 roku, spytałem w jakich okolicznościach było zrobione, powiedziała, spotkałam go na ulicy i poprosiłam o zrobienie wspólnego zdjęcia. Na ten koncert przyniosła maskotkę psiaczka, na zdjęciu powyżej wygląda z kieszeni muzyka . Wśród publiczności widać było części garderoby w szkocką kratę, któraś z fanek użyczyła wokaliście kapelusz . Bawiono się wesoło, śpiewając wspólnie znane przeboje z drugiej połowy siedemdziesiątych lat gdy w Europie
panowała Rollermania.

Summer Love, I Only Want to Be With You, All Of Me, Be My Baby, Give A Little, Remember, RockNRollLove Letter, Say, Hurdy Gurdy, Day Dream Beliver, Dedication, The Way I Feel Tonight, Saturday Night, Yesterday Heroes ,
Shang A Lang, a na bis It’s a Game i Bye Bye Baby.


Na ten koncert nie można było kupić biletu, otrzymywało się zaproszenie dzwoniąc do radia Berlin 88,8 udzielając trafnej odpowiedzi na pytanie dotyczące
Bay City Rollers,
tak więc kino Kosmos wypełnili tylko fani zespołu.


Und sie rollen und rollen immer weiter

Die Bay City Rollers starteten wieder durch
Zum Auftakt ihrer Europatournee, die im Frühjahr 2009 startet, präsentierten sich die ehemaligen Teenageridole Bay City Rollers auf Einladung von RadioBERLIN 88,8 im Berliner Kosmos. Die Überraschung war groß. In Scharen sind die treu gebliebenen Fans gekommen, um ihr Idol aus vergangenen Zeiten live zu erleben. Sänger Les McKeown kam zwar nicht mehr in Hochwasserhose auf die Bühne, doch waren es die alten Hits, mit voller Energie vorgetragen, die alle begeisterten. Die Stimmung war erwartungsvoll nostalgisch und überall waren die traditionellen Erkennungszeichen, schottische Karoklamotten, präsent. Es wurden aber auch viele Neufans der jüngeren Generation gesichtet.
So hatte sich das McKeown vorgestellt. Im Interview mit RockInBerlin sagte er auf die Frage, wer denn seine heutige Ziegruppe sei: „Ich bin natürlich kein Teenageridol mehr, aber meine Zielgruppe sind die Teenager aus den Siebzigern, die nun erwachsen sind, aber auch die Nachkommen der damaligen Fans.“ Und auch die Kommunikation funktioniert: „Mit meinen Fans bin ich über meine Website und MySpace, der modernen Form des Fanclubs, nach wie vor in Kontakt.“ Wie er sich nach einer so langen erfolgreichen Karriere fühlt? „Ich fühle mich ganz prima“, sagt er. „Ich gebe zu, ich hatte mal große Probleme mit Alkohol und Drogen, war auch zur Rehabilitation. Doch das ist vorbei. Ich habe ein neues Leben vor mir, werde neue Songs veröffentlichen und in ganz Europa auftreten.“
Nachzulesen ist die Story über die Rollers, von der „netten, adretten, familientauglichen Schottenband“ der 70er bis zu den „Schattenseiten des Starseins“ in dem Buch „Rollermaniac“.
Zeitweise gab es drei verschiedene Bay City Roller Bands. Überlebt hat nur die mit dem Originalsänger, der sich gerade in Berlin präsentierte und auch die Originalhits von einst vortrug. Die meisten Mitglieder seiner Band sind nunmehr seit 1991 dabei. Seine musikalischen Vorlieben: Die Großen von damals und nennt Jimi Hendrix und die Beach Boys. Seine Lieblingsband aus der Neuzeit sind The Muse aus Großbritannien. Das nächste Album der Bay City Rollers ist bereits in Vorbereitung. Es wird im Frühjahr erscheinen. „Die ersten sechs Songs sind schon fertig“, verrät er. Dann beginnt die Europatour, die kreuz und quer durch Europa führen wird mit Auftritten in Polen und Deutschland. „Wir werden auch in Krakow auftreten, wo ein polnischer Freund von mir lebt.“ Es wird eine großartige, phantastische Show sein,“ verspricht McKeown seinen Fans.

Volker Voss

CHRIS NORMAN
THE HITS! SMOKIE - SOLO YEARS

Gorąco, przyjęła 28.04.09 -  zgromadzona w Tempodromie, publiczność  gwiazdę siedemdziesiątych lat - Chrisa Normana - wokalistę zespołu Smokie, który przypomniał niemal wszystkie swoje przeboje.

CHRIS NORMAN  -  HIT SET -  TOUR 2009

GOT IT ALL , LOVE IS A BATTLEFIELD, NEEDLES AND PINS,, IT’S YOUR LIFE, FOR A FEW DOLLARS MORE , SECOND TIME AROUND,
STUMBLIN' IN, THE NIGHT HAS TURNED, CALL ON ME, IF YOU THINK YOU KNOW , MILLION MBLES , MEXICAN GIRL , THE BOXER,
ALICE, ENDLESS NIGHT , MIDNIGHT LADY , SARAH, I'LL MEET YOU MIDNIGHT , LAY BACK IN THE ARMS ,
DON'T PLAY YOUR ROCK 'N' ROLL, TAKE GOOD CARE , IF I GET LUCKY , OH CAROL

C Z E R W O N O – C Z A R N I

CZERWONO - CZARNI szturmują Gdańsk !

Tytuł  wydania  Głosu Wybrzeża z dn. 23.07.1960 r. informujący o debiutanckim koncercie zespołu Czerwono - Czarni,  pierwszego w Polsce zespołu z pod znaku big beatu (mocnego uderzenia).

        Idea uczczenia 50 lecia pierwszego koncertu zespołu Czerwono- Czarni, jak również powstania polskiego odpowiednika rock and rolla, czyli big beatu było efektem udanego powrotu muzycznego po 40 latach, w październiku 2009 rok zespołu POLANIE, którzy uświetnili promocje książki - monografii MOTŁAWA BEAT. Trójmiejska scena big beatowa lat 60-tych - autorstwa Romana Stinzinga & Andrzeja Icha. Sukces imprezy zaowocował pomysłem by  w sposób dostojny uczcić 23 lipca 2010 roku 50 lecie prekursora polskiego nurtu muzycznego z pod znaku big beatu, zespołu Czerwono - Czarnych.   

W iście rock and rollowym tempie, bo w przeciągu ponad 3 miesięcy organizatorom w osobach:
Maria Bernolak-Szczypior
Marcin Jacobson
Wojciech Korzeniewski
Andrzej   Orłowski,
Roman Stinzing
pod auspicjami Fundacji Sopockie Korzenie, udało się zorganizować koncert jubileuszowy zespołu Czerwono - Czarni z okazji ich 50-lecia.  
W tym miejscu należy dodać, że stało  się to  dzięki pomocy Pana Mieczysława Struka - Marszałka Województwa Pomorskiego i Pana Pawła Adamowicza - Prezydenta Miasta Gdańska.

Głównym punktem imprezy był jubileuszowy koncert zespołu Czerwono-Czarni w prestiżowej sali koncertowej Państwowej Filharmonii Bałtyckiej im F. Chopina w Gdańsku przy ul. Ołowianka 1 w dniu 23 lipca 2010 roku, o godzinie 18:00.


O godzinie 19:00 (dokładnie jak 50 lat temu) rozpoczął się galowy, jubileuszowy  koncert z okazji 50-lecia zespołu Czerwono - Czarni.

    Wczesną wiosną 1960 roku w Miejskim Domu Kultury w Gdyni, Franciszek Walicki kompletuje skład osobowy zespołu muzycznego, który miałby być kontynuatorem Rhythm and Blues. Dokładnie 23 lipca 1960 roku o godzinie 19:00, na scenie Klubu Studentów Wybrzeża ŻAK w Gdańsku pojawiło się pięciu muzyków: Przemysław Gwoździowski (saksofon), Wiesław Bernolak (gitara elektryczna), Wiesław Damięcki (kontrabas),Zbigniew Wilk (pianino) i Ryszard Koziatko (perkusja). Towarzyszyło im czterech wokalistów: Marek Tarnowski, Michaj Burano, Andrzej Jordan i Janusz Godlewski. Program składał się z ówczesnych światowych standardów rock and rollowych i rhythm and bluesowych, a nazwa zespołu brzmiała CZERWONO - CZARNI. Dzień ten stał się punktem zwrotnym w historii polskiej muzyki rozrywkowej. Jednocześnie jest to data narodzin nowego nurtu muzycznego, adresowanego do polskiej młodzieży, nazwanego przez ówczesnego kierownika zespołu Franciszka Walickiego, big beat (mocne uderzenie). Nazwa i nurt ten były kamuflażem dla nie akceptowanego przez władzę coraz popularniejszego na Zachodzie rock & rolla.
    Kariera zespołu trwała nieprzerwanie przez 16 lat (1960 - 1976). Z zespołem w tym okresie współpracowało ponad 70 instrumentalistów i wokalistów. Był to swoisty "inkubator" dla młodych utalentowanych muzyków i wokalistów, którzy tu zaczynali swoją karierę artystyczną - m. in.  Kasia Sobczyk, Karin Stanek, Halina Frąckowiak, Toni Keczer, Helena Majdaniec, Wojciech Gąssowski, Maciej Kossowski, Seweryn Krajewski, Jacek Lech, Wiesław Bernolak, Piotr Puławski, Zbigniew Bizoń, Józef Krzeczek, Ryszard Poznakowski, Janusz Koman, Henryk Zomerski, Tomasz Jaśkiewicz i wielu, wielu innych.
   Czerwono - Czarni wylansowali  kilkadziesiąt przebojów, jak choćby: "Chłopiec z gitarą", "O mnie się nie martw", "Colt", "Malowana Lala", "Jedziemy autostopem", "Dwudziestolatki", "Agatko pocałuj", "To nie grzech", "Nie wiem czy to warto", "Nie bądź taki szybki Bill", "Mały książę", "Trzynastego", "Bądź dziewczyna z moich marzeń", "Ballada cygańska", "Napiszę do ciebie z dalekiej podróży". Gros tych piosenek zdobywało laury na festiwalach i królowało krajowych list przebojów. Wiele z tych tytułów i pochodzących z ich piosenek zwrotów weszło do potocznego języka polskiego, np. chłopiec z gitarą byłby dla mnie parą, o mnie się nie martw, ja sobie radę dam, nie bądź taki szybki bill itd.
    
W koncercie jubileuszowym w zespole Czerwono - Czarni wystąpili:

muzycy:
Wiesław Bernolak - gitara elektryczna
Zbigniew Bizoń - saksofon
Tomasz Jaśkiewicz - gitara
Jan Knap - perkusja
Jerzy Lisewski - fortepian elektryczny
Marek Pietras - gitara
Ryszard Poznakowski - klawisze
Wojciech Rapa - gitara basowa, śpiew
Krzysztof Sadowski - klawisze
Mirosław Wójcik - saksofon
Henryk Zomerski - gitara basowa

soliści:
Halina Frąckowiak
Andrzej Jordan
Piotr Puławski

oraz gościnnie:
Jan Izbiński
Natalnia Pastewska
Irena Kozłowska
Barbara Włodarczyk

Prowadzący:  Maria Szabłowska i  Zbigniew Korplolewski.

Na koncert przybyła gwiazda polskiej sceny Irena Santor.


W I części, gościnnie wystąpił zespoł, legenda trójmiejskiej sceny big beatowej lat 60-tych, gdyński Zespól Złote Struny z repertuarem światowych standardów rock and rollowych z lat 50/60-tych.

 
   W 1963 roku Złote Struny zostały laureatem II Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie i, jako jedyni, otrzymał "wyróżnienie za przygotowanie estradowe". Bezpośrednio po festiwalu, Lubuska Agencja Imprez Estradowych zorganizowała ogólnopolską trasę koncertową pt. "Śladami Czerwono-Czarnych - Złote Struny contra 'Tony", która cieszyła się ogromnym powodzeniem wśród młodzieży. Popularność grupy rosła lawinowo, niestety dobrze rozwijającą się karierę zaczęły hamować liczne zmiany personalne, które wiosną 1964 roku doprowadziły do rozpadu. Muzycy Złotych Strun rozproszyli się, tworząc inne wybrzeżowe formacje (Stolemy, Takty, Pięć Linii, Szeptacze, Kuglarze) lub też, zasilając składy uznanych już firm (Czerwono-Czarni, Pięciolinie, Czerwone Gitary, Grupa ABC, Perpetuum Mobile).
     W 2009 roku Tadeusz Mecweldowski (gitara, kierownik muzyczny), Lech Gackowski (gitara  basowa, śpiew), Marek Pietras (gitara, śpiew) i Jarosław Mackiewicz (teksty) postanowili reaktywować działalność zespołu, zapraszając do współpracy: Macieja Stefanowa (perkusja) i Tomasza Mecweldowskiego (gitara). Bezpośrednim impulsem dla tej decyzji było zaproszenie ich do udziału w koncercie promującym monografię "Motława Beat" Romana Stinzinga i Andrzeja Ichy, podczas którego Złote Struny dzieliły scenę z wskrzeszoną specjalnie na tę okazję grupą Polanie. Jednak, tak naprawdę, historia zatoczy koło dopiero dzisiaj, ponieważ Złote Struny wystąpią ponownie u boku Czerwono-Czarnych.)



Marszałek Województwa Pomorskiego wręczył Panu Jerzemu Kosseli przyznany przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego medal GLORIA ARTIS z okazji 50 lecia pracy artystycznej.

 
   Jerzy Kossela - muzyk amator, kompozytor, autor tekstów, animator życia  muzycznego w Trójmieście i na ogólnopolskiej scenie muzyki rock and rollowej lat 60 - tych.
    Czołowy prekursor polskiej muzyki rock and rollowej (big-betowej). Współzałożyciel, kierownik muzyczny zespołu Niebiesko-Czarni, Gdańskich Pięciolinii. Założyciel, kierownik muzyczno - organizacyjny najpopularniejszego polskiego zespołu big-beatowego dekady lat 60-tych Czerwonych Gitar z którymi współpracuje w latach 1965 - 1967.  
W okresie współpracy z Niebiesko-Czarnymi, Pięcioliniami i Czerwonymi Gitarami, był autorem i współautorem z Krzysztofem Klenczonem, ponad 30% repertuary muzycznego w/w zespołów muzycznych. Większość z nich  przez wiele miesięcy były wysoko notowane na młodzieżowych polskich listach przebojów. Do ponadczasowych zalicza się "No bo ty się boisz myszy" (piosenka młodzieżowa roku 1965), "Historia jednej znajomości",  "Matura" . Przeboje te, jako jedyne z okresu lat 60-tych najczęściej są nadawanie po dzień dzisiejszy na antenie rozgłośni radiowych. Wielokrotnie wykorzystywano kompozycje autorstwa Jerzego Kosseli i wspólne kompozycje z K. Krzysztofem Klenczonem w ścieżka dźwiękowy polskich produkcji filmowych. Jak na przykład w filmach: Dwa żebra Adama, Rejs, Aby do świtu, Matka swojej matki, O dwóch takich co nic nie ukradli, Ławeczka, Kochaj, mnie kochaj oraz w wielu produkcjach dokumentalnych, jak choćby w produkcji krótkometrażowej dokumentalnej pod tytułem "Brezentowe niebo".
    Po zakończeniu współpracy z zespołem Czerwone Gitary (1967 r.) nawiązuje współpracę z zespołami czołówki polskiej sceny rockowej, lat 60-tych, jak na przykład z Bemibek, Bizony, Breakout, Tajfuny i Trio Wojciecha  Skowrońskiego. W między czasie poświęca się pracy z muzykalną młodzieżą Trójmiasta i nie tylko. Kieruje zespołami wokalno- instrumentalnymi trójmiasta, prowadzi szereg spotkań na zasadzie Klubów dyskusyjnych o muzyce współczesnej młodego pokolenia. Zapraszany jest na wiele konkursów, festiwali jako juror.
Jego zainteresowania literackie zostają zauważone przez redakcję wybrzeżowego miesięcznika literackiego Litery, w których przez ponad rok zamieszcza artykuły o tematyce socjologiczno-muzycznej. Tworzy i jest głównym wykonawcą działającego Kabaretu piosenki. W tym też okresie jest autorem (muzyka i słowa) wielu piosenek o charakterze balladowym, które są nagrywane w Rozgłośniach regionalnych z czołową kompozycją pod tytułem Chodźmy miła na Kamienną Górę, która jest hołdem dla miasta zamieszkania - Gdyni.
    Wraz z żoną Janą Kras jest prekursorem imprez dyskotekowych na wybrzeżu Gdańskim w między czasie prowadzi jedno z pierwszych w Polsce prywatnych studio nagrań. Korzystają z niego czołowe zespoły rockowe z Niebiesko - Czarnymi na czele.
    Jerzy Kossela to pierwszo planowa postać muzyki powojennego pokolenia polski, wizjoner polskiej muzyki młodzieżowej, zwanej big-beatową. Oprócz wyczucia muzycznego był sprawnym organizatorem a jego wizje muzyczno - programowe, jakie pragną realizować nie mieściły się  w obowiązujących schematach artystycznych i estradowych Polski lat 60-tych.  Jego pomysły  nie miały szans realizacji i przetrwania w ówczesnej rzeczywistości. Najważniejsze koncepcje artystyczno - organizacyjne Jerzego Kosseli mogły być w pełni realizowane dopiero po wielu, wielu latach w innych uwarunkowaniach społeczno-politycznych.

CORVUS CORAX
Muzyka średniowiecza

Większość nas nie zna muzyki średniowiecza,
nieliczni słyszeli kościelną, ale wykonywaną na współczesnych instrumentach.
Nad muzyką tamtych czasów ciągle trwają badania, zachowało się całkiem sporo
utworów świeckich. Grupa „Corvus Corax” www.corvuscorax.de
gra muzykę średniowieczną na instrumentach używanych ówcześnie, takich jak: szałamaje, dudy, liry, cytry,
bombardy, kornety, bębny kotłowe, gongi … i robią to fantastycznie. Jeden z założycieli
zespołu Meister Selbfried jest badaczem muzyki średniowiecznej, obecnie nie występuje,
zarządza zespołem i z pozycji badacza, a także muzyka, czuwa nad jego całościowym brzmieniem.
Grupa wykonuje piosenki średniowiecznych minstreli, a także pieśni staro-niemieckie,  
wykorzystuje poezje Francis Villona, a także tzw. „Pieśni z Bauern” - manuskrypt średniowieczny
odnaleziony w 1847 roku w opactwie benedyktynów, pełen  wierszy i piosenek
afirmujących ziemskie szczęście, miłość i radość życia.
W większości  muzycy grają oryginalną muzykę średniowieczną ale jest tam również sporo aranżacji.
Koncert zespołu to silne emocjonalne przeżycie, ogromna przyjemność i radość.
Zespół dał trzy koncerty  pod koniec grudnia , trzy koncerty zapełnione publicznością.
Odbyły  się one w pięknie odrestaurowanym kościele „Passionskirche”. Ciekawa scenografia,
perfekcyjne operowanie światłami, muzycy w fantazyjnych strojach - zachwycało wszystko.
Grali i śpiewali wspaniale, zarówno spokojne ballady jak i utwory pełne dynamiki.
Porwali publiczność bez reszty, nikt nie usiedział na miejscu, po pierwszych taktach publika porwała się miejsc
i nie usiadła do końca koncertu,  wtórując zespołowi, rytmicznymi oklaskami , podskakując i śpiewając.
Ich muzyka budzi w duszy strunę euforycznej radości i mocy.
Zadziwia mistrzostwo gry na trudnych instrumentach, zaskakują i pociągają niecodzienne dźwięki.
To nie jest tylko koncert, to również teatr, spektakl muzyczny, artyści grają, śpiewają,
a także opowiadają, są równie dobrymi aktorami co muzykami.
Gorąco polecam wszystkim, ich koncerty to zastrzyk optymizmu i poczucia wolności, chce się żyć ,
a więc...  CARPE DIEM  !

Corvus Corax - to grupa ośmiu artystów grająca muzykę średniowiecza na instrumentach z epoki, w składzie:

Ardor vom Venushügel - dudy, szałamaja, drummscheid
Castus Rabensang - lira korbowa, szałamaja, cytra, bombarda, instrumenty szarpane
Patrick der Kalauer "Patrick The Groaner”
Harmann der Drescher - bębny kotłowe, davul
Hatz - bębny, gong
Jordon Finus - dudy, szałamaja
Teufel - dudy, szałamaja narracja
Wim - kornet, dudy, szałamaja

   Danuta Kwiecień

DEEP PURPLE
Wrocławski koncert

1.maja 2009, około 20-tej na wrocławskich „Polach Marsowych”, na dużej estradzie z telebimami po obu stronach, pojawili się Deep Purple w komplecie:
Ian Gillan, którego wokal jest najbardziej nierozerwalny z zespołem, Roger Glover- basista od początku kariery grupy, jak i perkusista Ian Paice, oraz Steve Morse (następca Richi’ego Blackmore’a) i najkrótszy stażem, Don Airey (po odejściu Jona Lorda)…
I zagrali koncert, który długo pozostanie w pamięci tych, którzy wychowali się na tej muzyce, ( jak wrocławski gitarzysta Alek Mrozek, którego pamiętam jak przed laty idąc śladami Blackmora grał smykiem na strunach).
Oprócz wielu największych hitów: "Highway Star”, „Pictures Of Home”, „Space Truckin”, „Perfect Strangers”, zagrali tez, swoje pierwsze przeboje, dzisiaj rzadko prezentowane na antenie takie jak „Black Night”, czy „Hash”. Kilku zabrakło, może (?) już dziś Ian Gillan, nie poradziliby sobie z nimi wokalnie, przecież minęło 40-ci lat. Legenda zespołu, pozwoliła jednak wszystkim poczuć sound hard –rocka 70-tych lat. Zagrane wspólnie z ponad 6-ciu tysiącami gitarzystów na wrocławskim Rynku „Smoke on the Water”- wywołało na polach marsowych, już po pierwszych uderzeniach w struny, najsłynniejszego riffu - euforie wrocławskiej publiczności, jej wtór refrenu słyszalny był pewno w całym miescie.
Mile połaskotał ukłon klawiszowca w stronę polskich widzów w postaci solowej improwizacji zawierającej fragmenty z twórczości Chopina i hymnu Polski.
Cieszyła mnie obecność na koncercie przeważającej liczby młodych ludzi, co dowodzi, ze nie ulega ona całkowicie wpływom mediów.
Czego zabrakło? - Mnie multimedialnego wykorzystania tak wspanialej sceny.
Paru dokumentalnych obrazków, mini-wywiadów, logo grupy…itp.…
Dla tak dużej (20.000) widowni, warto było to zrobić.

Kilka dni później rozmawiałem z Alkiem Mrozkiem o jego nowej płycie Lepiej niż wczoraj i o spotkaniu z Purplami. Powiedział mi, ze Steve Morse, to bardzo ciekawa postać. Po koncercie, podczas party, podszedł do niego pytając o wrażenia z koncertu, zaproponował szklaneczkę whisky, Steve odmówił tłumacząc grzecznie – nie mogę, z samego rana lecę do Pragi - dostrzegając zdziwienie Alka, dodał z uśmiechem - pilotuję naszego odrzutowca.

ms

HANOI ROCKS
Kulturbreuerei 21.09.2007

Hanoi Rocks to fińska grupa rockowa, która w roku 1980 cieszyła sie lokalna popularnością.
 Wpływ na orientacje muzyczna wywarły zespoły takie jak: New York Dolls, The Stooges und The Rolling Stones. Ich muzyczny styl zawiera elementy Bluesa, Surf Rocka, Punk Rocka, Heavy Metalu i Glam Rocka. Śpiewają o namiętności, miłości i o wyobcowaniu w mieście.
 Grupa założona w 1980 roku w Helsinkach, w następnym roku wyjeżdżają do Sztokholmu a w 1982 do Londynu, by chłonąć klimaty tamtej pulsującej sceny muzycznej. Następują zmiany personalne, W 1983 zespół podpisuje kontrakt z CBS Records, który ma być początkiem kariery, lecz wypadek samochodowy, w którym ginie perkusista przekreśla plany. W 1985 zespół rozpada się sie.
 Przez 15 lat muzycy Graja w rożnych formacjach, ale bez sukcesu jak w roku 80-tym.
W roku 2002 wokalista i gitarzysta reaktywują zespół i po wydaniu nowego albumu ruszają w trasę.
 Aktualny sklad:
Michael Monroe (voc.), Andy Mc Coy (guit.), Conny Bloom (guit.), Andy „A.C.“Christel (bass) i Lacu (dr.)

Grupa wystąpiła w Maschinenhaus (Kulturbreuerei) 21.09.2007. Po koncercie, myślę, ze zasługują na większą popularność-, czego im życzę.

KLAUS LAGE
Nowa plyta

Klaus Lage jeden z moich ulubionych niemieckich rockmenów, którego przeboje z połowy lat 80-tych - 1000 und 1 Nacht, Faust auf Faust, Monopoli, Wieder zuhaus utkwiły mi głęboko w pamięci .Póżniej jeszcze jedno nagranie Wie ein Stein w domowym archiwum przez lata przypominały o Klausie Lage .
18.11.2008 w hali Postbahnhof odbył się koncert promujący najnowszą płytę Nach und wichtig, podczas którego Klaus Lage wykonał piosenki z  tej płyty przeplatane starymi przebojami.
Swoją muzyką rozkołysał zebraną publiczność, która wraz z nim śpiewała znane piosenki. Osobiście bardzo lubię ten rodzaj poezji jaki przekazuje w swych utworach Klaus Lage
Berliński koncert jego trasy promującej nową płytę i przyjęcie muzyka przez berlińską publiczność dowodzi , żu Klaus Lage mimo upływu lat jest (Wie ein Stein) niezmiennie takim samym czołowym muzykiem rockowym Niemiec, a nagrania z nowej płyty: Immer , Der Lack ist ab, Klippen von Moher, So geküsst, Ich hör dem Regen zu, Nach oben, Nah und wichtig są udanym Come Back tego muzyka   (ms)

Nah und wichtig

Klaus Lage ist einer meiner Lieblings deutsche Rocker, dessen Hits aus den 80ern wie 1000 und 1 Nacht, Faust auf Faust, Monopoli, Wieder zuhaus mir tief in Erinnerung geblieben sind. Später, hat mich noch ein Lied an Klaus Lange erinnert, Wie ein Stein, dieses Lied war ein fester Bestandteil meines Archivs.
Am 18.11. fand in der Postbahnhof halle ein Konzert statt, das seine neue Platte vorstellen sollte. Während dieses Konzerts hat Klaus Lage eine schöne Mischung aus seinen neusten wie auch den älteren Liedern zum Besten gegeben.
Mit seinen Liedern hat er das Publikum einfach mitgerissen und dieses, hat ihm gedankt, in dem es Konsequenterweise alle Lieder mit ihm gesungen hat. Persönlich mag ich sehr die art von Lyrik mit der Klaus Lage seine Musik versieht.
Mit dem Berliner Konzert, das seine neuste Platte Promoten soll und der art, wie es von dem Publikum angenommen wurde, beweißt Klaus Lage dass er unverändert (Wie ein Stein), einer der führenden deutschen Rocker ist und seine neuen Lieder, wie: Immer , Der Lack ist ab, Klippen von Moher, So geküsst, Ich hör dem Regen zu, Nach oben, Nah und wichtig ein gelungenes Come Back darstellen.   (ms)

LADY PANK
25 lecie

Kilkaset osób ( wielu rówieśników zespołu,
który obchodził 25 lecie) przyszło do Universal Hall, by wysłuchać koncertu Lady Pank
w składzie:  
Janusz Panasewicz, Janek  Borysewicz,
Kuba Jabłoński i Krzysztof Kieliszkiewicz.
Zespół rozpoczął ostro i głośno,
tak trzymał do końca przy wtórowaniu refrenów i aplauzie publiczności, czas  stanął
w miejscu, na sali wrzało. Panasewicz wyśpiewywał przebój za przebojem, tłum pulsował, lecz  finał musiał nadejść  .
ZBYT  SZYBKO !
Zabrakło mi dwóch przebojów :Siódme niebo nienawiści oraz Mała Lady Pank.
Innym chyba więcej...
*
Janka Borysewicza poznałem chyba w 81 roku,
pamiętam jego pierwsze próby z "Basowym" Mundkiem Stasiakiem i innymi. W październiku 82, gdy puściły lody stanu wojennego zrobiliśmy z Lady Pank we Wrocławiu , koncert nietypowy" Karate & Rock" (obok zdjęcia), który wypełnił Hale Ludowa.
Ciekaw byłem spotkania, z człowiekiem, który wyrósł przez te wszystkie lata  na legendę Rocka.
Spotkaliśmy się na krótko przed koncertem… nie poznał mnie, lecz mimo to był miły i sympatyczny.
Był takim jakim pamiętam go z Wrocławia.

LORDI
Hard Rock Hallelujah

Hard Rock Hallelujah, ten przebój Lordi i inne usłyszeliśmy na żywo w „jaskini króla ciemności”, bo tak nazwałbym klub K17, w którym miał miejsce koncert, lub raczej hard-rockowe widowisko potworów z Finlandii. Zespół kazał czekać na siebie około pół godziny, ale trudno się dziwić przygotowanie charakteryzacji wymaga czasu, ale gdy już zaczęli - to rytmiczna, głośna, melodyjna fala dźwięków biła w publiczność jak tsunami, wywołując pulsowanie tłumu, który szczelne wypełnił salę K17 tego wieczoru.
Potwory wyśpiewały swoje największe przeboje "Blood Red Sandman", "Devil Is A Loser", "They Only Come Out At Night", "Would You Love A Monsterman?" i "Hard Rock Hallelujah".  
Foto: Marek Szlachcic

NO ANGELS
Koncert dla sluchaczy 88,8

Radio  Berlin 88,8 zaprosiło na swój bożonarodzeniowy koncert dla słuchaczy popularną grupę NO ANGELS, która swoją karierę rozpoczęła przebojem "Daylight In Your Eyes" w roku 2001. W roku2003 zespół przestał istnieć, by reaktywować się w roku 2007. Dziewczyny nagrały pięć albumów, które rozeszły się w  5 milionowym nakładzie.

Podczas koncertu mogliśmy usłyszeć stare przeboje i nowe piosenki  z ostatniej płyty Welc
om to the Dance, która ukazała się we wrześniu b.r.

OMEGA
PUHDYS
40 lat na scenie

Około 15.000 widzów ściągnęło w Nowy Rok 2009 do berlińskiej hali O2World na pierwszy z koncertów niemal całorocznej trasy koncertowej zespołu, który świętuje swoje 40-sto lecie założenia, a jest to najbardziej znany zespół wschodnich Niemiec - Die PUHDYS. Zespół , który wraz z węgierską Omegą był najbardziej znaną w PRL-lu rockową kapela „bratnich krajów”. Z tych 40-stu lat, 20 był PUHDYS zespołem NRD-owskim, jedynym mającym zgodę na występy w RFN.
Niemal trzygodzinny koncert, rozpoczął zestaw video-życzeń znanych polityków i zaprzyjaźnionych zespołów, najdowcipniej zaprezentował się zespół Die Prinzen, który a’kapella odśpiewał „laurkę” dla PUHDYS-ów, a wszystko to doprawione dowcipną konferansjerką.
Gdy na estradzie pojawił się zespół, słychać było wrzawę radości zgromadzonych ludzi.
Zespół zagrał większość swoich  przebojów, niektóre przy wtórze całej widowni. W Trakcie występu pojawiali się zaproszeni goście, w tym zespoły CITY (ze wspaniałym przebojem „Am Ferster”) i KARAT, który nie zaśpiewał swojego największego hitu „Sieben Brucken”, ale skomponowany na cześć PUHDYS hymn.
Niespodzianką było pojawienie się za akrylowym parawanem orkiestry Wytwórni Filmowej w Babelsbergu
z towarzyszeniem, której zespół wykonał kilka utworów.


PUHDYS wystąpił w składzie:
Dieter "Maschine" Birr / gitara, wokal
Dieter "Quaster" Hertrampf / gitara, wokal
Peter "Eingehängt" Meyer / instrumenty klawiszowe, saksofon
Klaus Scharfschwerdt / perkusja
Peter "Bimbo" Rasym / gitara basowa

Program był znakomicie przygotowany, nie było ani chwili pauzy, na estradzie działo się coś non-stop, nawet wykonanie na harmonijce ustnej przez uznanego za supertalent Michaela Hirte  - „Ave Maria“, było tak wkomponowane w całość programu, że nawet nie zauważyłem, że ta kompozycja nie należy do repertuaru PUHDYS.
„Alt wie ein Baum” i „Lebenszeit” to znane mi najbardziej nagrania PUHDYS, ale w trakcie koncertu uświadamiałem sobie , że ten czy inny utwór jest ich i  nic w tym dziwnego, bo w swoim repertuarze mają ponad 200 utworów.
Najstarszemu w zespole klawiszowcowi  - 68 lat, Peterowi Mayerowi zaśpiewano parodiując stare nagranie - czy żyje Holz-Mayer jeszcze. Na co klawiszowiec odśpiewał . Żyje i nie umrze nigdy!
To był wspaniały koncert, niepowtarzalny - 40 lat na scenie. Takiego koncertu przegapić nie mogłem, ale nie sądziłem, że zostanę tam do końca. Słuchając niemieckiego Rocka.
Die PUHDYS zakończyli koncert wiązanką  przebojów zespołów z dawnego NRD.

Brawo PUHDYS

Neujahrskonzert 2009

Rund 15.000 Fans kamen am Neujahrstag 2009 in die Berliner O2World-Halle, um mit der legendären (ost)deutschen Band die PHUDYS das neue Jahr musikalisch einzuläuten.
Anlass für dieses riesige Rockspektakel war das 40-jährige Bandjubiläum. Das war also wahrlich ein Grund zum Feiern. Viele unvergessene Hits haben sie während ihrer 40-jährigen Bandgeschichte herausgebracht. Schon in den achtziger Jahren kündigten sie in einem ihrer Songs an: „Wir spielen bis zur Rockerrente“. Doch dieser Zeitpunkt ist wohl noch lange nicht erreicht, überzeugten sie mit ihrer umwerfenden Show.
Zusammen mit der ungarischen Formation OMEGA gehörten die PHUDYS in der VR Polen zu den bekanntesten und ebenso beliebtesten Rockbands aus den ehemaligen „Bruderländern“. Während ihrer ersten 20 Jahre, als damalige DDR-Band, traten sie bereits oft in der BRD auf, wo sie ebenfalls eine große Fangemeinde hatten und veröffentlichten auf beiden Seiten des Eisernen Vorhangs ihre Platten. Eigentlich waren sie schon vor der Wende eine gesamtdeutsche Band.
Drei Stunden dauerte das Konzert, wobei sich zeigte, dass sie auch nach 40 Jahren Bühnengeschichte nichts von ihrem ursprünglichen Elan verloren haben. An diesem Abend präsentierten sie sich von allen Gruppen als die lustigste.
Es wurden Glückwünsche von Bands, Politikern und Schauspielern per Video übermittelt. Die PRINZEN sangen ein Geburtstagsständchen. Mit Toni Krahl, von der ebenfalls legendären ostdeutschen Rockgruppe CITY spielten die Puhdys gemeinsam den CITY-Erfolgshit „Am Fenster“. Auch Karat trat zu Ehren der Jubilaren auf, ebenfalls das Babelsberger Film-Orchster. Die RANDFICHTEN aus dem Erzgebirge sangen zu Ehren des ältesten PHUDYS, Peter Meyer (68), in Abwandlung ihres Hits vom alten „Holz-Michl” eine spezielle Gebrutstagsversion: „Lebt denn der alte Holz-Meyer noch”. Worauf Keyborder Peter Meyer mit „Ja, ich leben noch und sterbe nie” antwortete.
Dieser Abend war einzigartig und wird unvergessen bleiben. Nonstop  ging es durch den Abend.
Da fehlten auch Hits wie „Alt wie ein Baum“ und „Lebenszeit“ nicht. Der Jubel der Fans wollte nicht abreißen. Die PHUDYS beendeten ihren Auftritt mit vielen bekannten Schlagern ehemaliger DDR-Gruppen.
Es war ein herrliches Konzert einer der besten Gruppen der deutschen Rockszene, das man einfach nicht verpassen durfte.

Die Gruppenmitglieder sind:

Dieter "Maschine" Birr (git., voc.)
Dieter "Quaster" Hertrampf (git., voc.)
Peter "Eingehängt" Meyer (keyb., sax.)
Klaus Scharfschwerdt (drums)
Peter "Bimbo" Rasym (bass)

Übersetzung: Volker Voss

RANDY HANSEN
KONCET W QUASIMODO

Występ Jimiego Hendrixa niewielu Polaków mogło zobaczyć na żywo. Nie widziałem go też i ja, ale 11 listopada 2010 w berlińskim klubie Quasimodo wystąpił chyba najlepszy interpretator Jimiego, przypominający go również rysami twarzy - RANDY HANSEN. W wypełnionym po brzegi klubie, na estradzie w klasycznym składzie z basistą i perkusistą, niczym Jimi z zieloną opaską na głowie śpiewając i popisując się doskonałą grą na gitarze, grając na niej również zębami. Byłem pełen podziwu dla ekwilibrystycznych umiejętności Randy Hansona, chwilami myślałem, ze gitara wyleci mu z rak i poszybuje w publiczność, ale nie - wracała na swoje miejsce w dłoń muzyka. Wykonując dobrze nam znane kompozycje nieżyjącego mistrza gitary, przywracając legendę tym, którym nie było dane przeżyć jej live. Po koncercie zamieniłem z Randy'm kilka słów mówiąc o wrocławskim festiwalu Thanks Jimi, powiedzialem też o zaproszeniu go przez Leszka Cichońskiego, który chętnie by go widział na wrocławskim  Rynku  1. maja 2011 - wyraził zainteresowanie. Poprosił o kontakt mailowy. Otrzymał też nasz magazyn, gdzie na zdjęciu z bicia rekordu Guinessa w roku 2008, od razu rozpoznał Steve Morse'a i Stana Skibby. Na pamiątkowym zdjęciu przesyła "viktora" dla naszych czytelników.

ROLLING STONES

Festiwal filmowy Berlinale 2008 rozpoczął dokument
"Shine A Light"
zrealizowany przez Martina Scorsese o legendzie muzyki rozrywkowej
The Rolling Stones.

Podczas uroczystej gali w Berlinie pojawili się Mick Jagger, Keith Richards, Ron Wood i Charlie Watts.
Na czerwonym dywanie gwiazdy
„Rolling Stones w blasku świateł" uchwycił swoim obiektywym wsółpracujący przed laty z TVP -  Paweł Detyniecki, który gdy mieszkał w Berlinie wpierał nasz Rockinberliński portal.

SANTANA
Moja ulubiona płyta ... i ...

Ta płyta ma już 40 lat, pierwszy raz słuchałem jej wiosną 1972 roku, ktoś przyniósł kilka płyt, wśród nich był album Abraxas. Już okładka przyciągała uwagę, dużo mówiło się o tej płycie wśród moich kolegów, w tamtych czasach zdobycie płyty to..(ale o tym pisze Kornel Pacuda w naszym Magazynie w artykule "Odkrywanie Ameryki.."). Po przesłuchaniu okazało się, że cała płyta jest doskonała, z gitarą Santany, wspieranego twórczo przez członków jego grupy. Bogata w brzmienia perkusyjnych i dętych instrumentów, ze zmianami tempa... Odbiera się ją jak ilustrację, pełno w niej barwnych dźwięków: łagodny szum liści, spadające metaliczne krople, łoskot fal... To wszystko słychać w muzyce zespołu i oczywiście perfekcyjne opanowanie gitary Carlosa Santany, gdzie struny uderzane kostką wyśpiewują melodie.
To muzyka, w która tchnął ducha swojego meksykańskiego pochodzenia, muzyka, w której partie wokalne są tylko dodatkiem, uzupełnieniem. Najbardziej znane nagrania z Abraxas to: "Oye Como Va", "Black Magic Woman", hard rockowe - "Incident at Neshabur" i "Hope You're feeling better" oraz niepowtarzalna "Samba Pa Ti".

... Carlos Santana wywinął numer mi ...

12 października 2010 koncertowa agencja Semmel przysłała nam zaproszenie na berliński koncert Carlosa Santany. Do hali O2 World przybyło kilkanaście tysięcy fanów.
Santana podczas 2, 5 godzinnego koncertu, zaprezentował dorobek muzyczny tego założonego w 1966 roku w San Francisco zespołu, rozpoczął nagraniami z płyty Supernatural: "Yaleo", "Aye Aye Aye", " Para Los Rumberos", "Maria Maria", "Foo Foo", "Corazon Espinado"... W feerii świateł pulsowała wypełniona muzykami scena, po lewej stronie organy Hammonda, dalej Carlos w kapeluszu z gitarą, dwóch wokalistów, gitarzysta basowy, cofnięta sekcja perkusyjna i po prawej sekcja instrumentów dętych.  
Kolejne nagrania, to hity z pierwszych płyt, które tworzone wtedy przez wszystkich członków tamtego historycznego składu, ukształtowały unikalny styl SANTANY - Usłyszeliśmy: "Jingo", "Incident At Neshabur", "Batuka" …..
Pośród nich zabrzmiały zapożyczone dźwięki - "Raiders Of The Storm" - grupy Doors.
Później kolejne hity Santany: "Black Magic Woman", "Gypsy Queen", "Oye Como Va", "Hot Pants Power", "Evil Ways"… porywały zgromadzona publiczność. By po raz kolejny gitarowy riff "Sunshine Off Your Love" - zespołu Cream, przypomniał fascynacje Carlosa Santany innym gitarzystą tamtej epoki, Erykiem Claptonem.
Koncert był maszyna czasu, gdzie cofnęliśmy się do czasów Woodstock, na ekranie pokazano archiwalne fragmenty z tego koncertu, wywoływano hasła: Freedom, Love, Peace & Happines…. fantastycznie wyglądał sfilmowany w zwolnionym tempie frunący olbrzymi biały gołąb. Mimo, że koncert grany był bez pauzy, nie było czasu na zmęczenie, czy znużenie. Mnie zabrakło jednego, oczekiwanego przeze mnie nagrania… Więc wychodząc rzekłem
do Dzidki:
"Carlos Santana wywinął numer mi…  nie zagrał dla nas Samba Pa Ti".

MS


TINA TURNER
Ostatnie tourne

Mroźny poniedziałek, 26 stycznia, O2 World jaśnieje błękitnym światłem. Rzeki ludzi ciągną w jej stronę. Hala pomieścić może 17.000 widzów, i tylu wykupiło na ten dzień bilety,
by po raz ostatni wysłuchać i zobaczyć „live”, koncert Tiny Turner.
Przed 20-tą zapełniają się ostatnie miejsca na widowni przed szkarłatną kurtyną, która szczelnie otula to, co za chwilę ukaże się oczom widzów. Odtwarzana muzyka zaczyna być coraz głośniejsza i przechodzi w graną na żywo, publiczność rozpoznaje dźwięki „Streamy Windows”, wznoszą się oklaski, kurtyna rozsuwa się na boki. Wysoko,
na podeście siłownika stoi Tina, oświetlona jaskrawym białym światłem, zaczyna śpiewać, kilkumetrowa kolumna osuwa się i wtapia w scenę, do Tiny dołącza chórek i cztery tancerki, tak zaczyna się koncert. Tina śpiewa i tańczy,
w tle zespół, feeria świateł i ten głos, który tak dobrze znamy. Od pierwszych taktów wyzwolił w publiczności adrenalinę i wzbudził pozytywne wibracje. Kolejno słyszymy piosenki:”Typical Male”, „River Deep Mountain High”, „What You Get Is What You See” i kończącą blok “Better Be Good To Me” zakończoną wybuchami płomieni, których ciepło czujemy na widowni. Tina odchodzi za kulisy, a scenę opanowują specjalnie zaproszeni goście prezentujący układy wschodnich walki wręcz, w tle buchają na ekranach płomienie.

Ponownie pojawia się Tina w zmienionej kreacji, czarną bluzkę i obcisłe spodnie zmieniła na czerwoną mini sukienkę i pelerynę, schodząc schodami z górnego poziomu sceny zaczyna śpiewać:, „Acid Queen”, po niej „What You Get Is What You See”. Później namawia publiczność, by zaśpiewała wraz nią refren „What's Love Got To Do With It”, co jej się udaje. Następuje zmiana tempa, Tina otoczona wiankiem czterech tancerek w czerwonych mini sukienkach śpiewa „Private Dancer”, hit skomponowany dla niej przez Marka Knopflera. W tle obrazy tańczących kobiet.
Tina po raz kolejny znika za kulisami, a grupa prezentuje sztuki wschodniej szermierki, po której następuje kolejna odsłona, w niebiesko-seledynowych światłach pojawia się klatka, w której walczą wojownicy. Tina w stroju z filmu Mad Max śpiewa „We Don't Need Another Hero”,  platforma na siłowniku unosi ją 5 metrów w górę. W tle migawki z filmu, u boku Tiny pojawia się wojownik-olbrzym. Przenosimy się w krainę z filmu, w klatce trwają walki, nagranie kończą efekty pirotechniczne. Zamyka się kurtyna.

Dla nabrania oddechu półgodzinna przerwa.

Po przerwie, rozsuwa się kurtyna, ukazuje Tinę siedzącą na hokerze, a przy niej trzech muzyków i dwie panie z chórku, Tina śpiewa „Help”, później „Let's Stay Together”, „I Can't Stand The Rain”. Wszystko nagradzane burzliwymi oklaskami połączonymi ze skowytem zachwytu… Nagle muzycy cofają się, zostaje Tina, do której dołączają tancerki. Rozlega się gitarowy riff Stonesów „Jumping Jack Flash”, na ekranie pojawia się kompozycja czterech ruchomych obrazów w stylistyce Andy Warhola ukazujących Micka Jagera i Tinę podczas różnych koncertów, następuje płynne przejście w kolejny hit Rolling Stonesów „It’s only Rock’n’Roll”. Publiczność szaleje, gwiazda na scenie też, nagraniami tymi przypomina o wspólnych występach ze Stonesami. Wybiega za kulisy, song wykańcza piosenkarka wspierająca - Lisa Fischer.

Gaśnie światło, rozbrzmiewają hiszpańskie rytmy, na ekranie eksplozje, na górnej scenie pojawia się tancerka i mężczyzna z pistoletem, dołączają inni tancerze, na ekranie dziewczyny z pistoletami, już wiemy to James Bond. Walczy, słychać znany gitarowy motyw pojawiający się w każdym odcinku tego filmu. Rozświetla się złote oko, otwiera – wychodzi Tina w długiej czarnej sukni i śpiewa „Golden Eye”. Jesteśmy w czołówce filmu z najsłynniejszym szpiegiem - 007, po której następuje burza oklasków, ale nie ma czasu, bo już nowe dźwięki przeboju Roberta Palmera „Addicted In Love”, a na ekranie dziewczyny z gitarami jak w znanym wideoklipie. „Chłodna” niemiecka publiczność ogląda koncert już na stojąco. Teraz podrywają się wszyscy – Tina śpiewa „Simply the Best”, wszyscy klaszczą, śpiewają refren wraz z nią. Publiczność wrze. Na zakończenie utworu Tina wykonuje piękny ukłon w stronę publiczności, po czym przedstawia wszystkich wykonawców.

Po prezentacji, w rytm ruszającej lokomotywy Tina rozpoczyna piosenkę Johna Fogerty’ego (CCR)- „ Proud Mary”, która towarzyszy jej karierze. Gorączka na estradzie i widowni, na zakończenie już ryk widowni. Następują ukłony, Tina wraz z muzykami znika za kulisami, pozostawiając szalejącą publiczność.

Przez skórę czuję, że to nie może być koniec, przecież nie było „ Natbush City Limits”.

I rzeczywiście po krótkiej pauzie wbiega Tina w białej bluzce i czarnych „rybaczkach” i śpiewa to, czego mi tak brakowało, przez siebie skomponowany przebój „Natbush”. Tłum kipi. Z estrady wytapia się ponad 10 metrowy wysięgnik-trap zakończony koszem, który wynosi gwiazdę ponad głowy widzów. Przemieszcza się na lewo, później na prawo w pobliże publiczności, można niemal spojrzeć jej w oczy. Wysięgnik ustawia się centralnie, Tina biega
i tańczy na trapie, między koszem, a sceną, na widowni aplauz sięga zenitu. Wysięgnik wraca nad estradę i wtapia się w nią ponownie. Następuje zmiana rytmu i wyciszenie – słyszymy „Be Tender With Me Baby”, ostatni utwór,
po którym w rytmie gasnącej melodii Tina żegna się z publicznością, na ekranie pojawiają się zdjęcia i nazwiska wykonawców i osób współpracujących przy tym widowisku.

Tina znika za kulisami, już wiemy, że to koniec dzisiejszego występu,
ale nie wierzymy, że to jej ostatnie tourne…

Tekst:
Marek Szlachcic


Die letzte Tour

Eisiger Montag, der 26. Januar 2008, „O2 World” schimmert mit blauem Licht. Die Menschen strömen in seine Richtung. Die Halle bietet Platz für 17.000 Zuschauer und so viele haben die Karten für diesen Tag gekauft, um sich zum letzen Mal das Konzert von Tina Turner live anzuhören und anzusehen.  
Vor 20:00 Uhr füllen sich die letzten freien Plätze vor dem scharlachroten Vorhang.
Die abgespielte Musik wird immer lauter und geht in die live vom Band gespielte Musik über, das Publikum erkennt die Töne von „Streamy Windows”, der Applaus beginnt, der Vorhang öffnet sich. Hoch oben steht Tina auf einem Auslegerpodest, grell weiß beleuchtet, und fängt an zu singen. Die einige Meter hohe Säule fährt langsam runter und verbindet sich mit der Bühne. Der Chor und vier Tänzerinnen schließen sich Tina an. So fängt das Konzert an. Tina singt und tanzt, die Band im Hintergrund, Lichtspiele und diese Stimme, die wir so gut kennen. Sie hat von den ersten Takten den Adrenalinausstoß beim Publikum und eine gute Stimmung ausgelöst.

Wir hören nacheinander die Songs: ”Typical Male”, „River Deep Mountain High”, „What You Get Is What You See” und als letztes in diesem Block “Better Be Good To Me”, vollendet mit Feuerwerksexplosionen, deren Wärme man im Zuschauerraum spürt. Tina geht ab und die Bühne füllen nun die „Special Guests”, die fernöstliche Kampfkunst vorstellen, auf den Bildschirmen hinter ihnen brennen die Flammen.

Tina erscheint erneut mit neuem Outfit, das schwarze Hemd und die enge Hose wurden durch einen roten Minirock und Pelerine ersetzt. Sie steigt die Treppe vom oberen Podest herunter und fängt an „Acid Queen” zu singen, danach „What You Get Is What You See”. Später überredet sie das Publikum, mit ihr zusammen den Refrain „What's Love Got To Do With It” zu singen, was ihr auch gelingt. Das Tempo wird gewechselt. Umringt von vier Tänzerinnen in roten Minis singt sie „Private Dancer”, den Hit, den für Sie Mark Knopfler geschrieben hat. Im Hintergrund sehen wir die Bilder der tanzenden Frauen.
Tina zieht sich erneut hinter die Kulissen zurück und die fernöstlichen Kampfkünstler zeigen nun die Fechtszenen. Dann folgt der nächste Aufzug: in dem blau-zartgrünen Licht erscheint ein Käfig, in dem ein Kampf stattfindet. Tina, bekleidet wie im Film „Mad Max”, singt „We Don't Need Another Hero”, und das Podest auf dem Ausleger hebt sie 5 Meter hoch.
Im Hintergrund sieht man die Filmszenen und neben Tina erscheint ein Kämpfer - ein Riese. Wir betreten das Filmland,
im Käfig wird gekämpft, die Pyrotechnik beendet diese Szene, der Vorhang schließt.

Dreißig Minuten Pause zum Verschnaufen.

Nach der Pause öffnet sich der Vorhang: Tina sitzt auf einem Hocker, neben ihr drei Musiker und zwei Damen des Chores. Tina singt „Help”, dann „Let's Stay Together”, „I Can't Stand The Rain”. Das alles wird mit tosendem Applaus belohnt, verbunden mit Begeisterungsschreien... Plötzlich ziehen sich die Musiker zurück, Tina bleibt, die Tänzerinnen schließen sich ihr an. Es ertönt der Guitar-Riff der Stones „Jumping Jack Flash”, auf den Bildschirm wird eine Komposition von vier Bildern im Stil von Andy Warchol projiziert, die Mick Jagger und Tina Turner während der verschiedenen gemeinsamen Konzerten zeigen. Es folgt ein fließender Übergang in einen anderen Hit der Rolling Stones: „It’s only Rock’n’Roll”. Das Publikum tobt, der Star auf der Bühne auch. Sie rennt von der Bühne, den Song beendet die Bühnensängerin Lisa Fischer.

Das Licht geht aus, spanische Rhythmen ertönen, auf den Bildschirmen sieht man Explosionen, auf dem oberen Podest erscheinen eine Tänzerin und ein Mann mit einer Pistole. Andere Tänzer schließen sich ihnen an und auf den Bildschirmen sieht man die Mädchen mit Pistolen. Alles klar: James Bond kämpft, man hört das bekannte Gitarrenmotiv, das in jeder Folge dieser Serie vorkommt. Das Auge erleuchtet, öffnet sich, Tina, in einem langen, schwarzen Kleid, kommt daraus und singt „Golden Eye”. Wir befinden uns im Vorspann zum Film mit dem berühmtesten Spion 007. Ein Applausgewitter bricht aus, aber dafür ist keine Zeit, denn schon kommen neue Töne: der Hit von Robert Palmer „Addicted In Love”, und auf dem Bildschirm die Mädchen mit Gitarren, wie im bekannten Videoclip. Das „kalte” deutsche Publikum schaut sich das Konzert nun stehend an.

Tina singt „Simply the Best”, alle klatschen und singen den Refrain mit. Das Publikum wird heiß. Nach dem Song verbeugt sich Tina schön und stellt alle teilnehmenden Musiker vor. Nach dieser Präsentation, im Rhythmus einer anfahrenden Lokomotive, fängt sie das Lied von John Fogerty (CCR) - „ Proud Mary” an, das ihre ganze Karriere begleitet. Zum Schluss hört man aus dem Zuschauerraum nur das Heulen. Noch eine Verbeugung, dann verschwindet Tina mit der Band hinter den Kulissen und lässt das tobende Publikum allein.

Es kann noch nicht das Ende sein!

Es gab doch noch nicht „Natbush City Limits”! Tatsächlich! Nach einer kurzen Pause kommt Tina in weißem Hemd und schwarzen Fischerschuhen. Sie singt das, was ich so vermisst habe: das selbstkomponierte Lied „Natbush”. Die Menge kocht. Von der Bühne hebt ein 10 Meter langer Ausleger mit einem Korb ab, in dem der Star über die Köpfe der Zuschauer schwebt. Er bewegt sich nach links, dann nach rechts, man kann Tina fast direkt in die Augen schauen. Dann positioniert sich der Ausleger im Zentrum, Tina läuft auf dem Trap mal zur Bühne, mal zurück zum Korb und tanzt, der Applaus erreicht seinen Höhepunkt. Der Ausleger wird wieder eingefahren. Es folgt der Tempowechsel und die Beruhigung – wir hören „Be Tender With Me Baby”, die letzte Nummer. Danach verabschiedet sich Tina vom Publikum und auf dem Bildschirm erscheinen die Namen aller an der Veranstaltung beteiligten Personen.

Tina verschwindet hinter den Kulissen und wir wissen schon, dass ist das Ende des heutigen Auftritts, aber keiner glaubt, dass das ihre letzte Tournee ist…

Text: Marek Szlachcic
Übersetzung:: Bart Bukowski




U.K. LEGENDS
Spotkałem szczęśliwych rockmanów…

Sierpień 2008. Międzyzdroje. Na afiszu - Smokie. Niezbyt wierzyłem w tą rewelację. Zespół nie gra od lat, Chris Norman występuje - solo… Zatelefonowałem do domu kultury, był tam Marian Bahrej, organizator koncertu znający historię grup Smokie i Animals, z których wywodzą się muzycy grupy mającej wystąpić następnego dnia, jako legendy rocka – U.K. LEGENDS. Zapoznał mnie z uwarunkowaniami prawnymi i powiedział, że zagra zespół, mający w składzie legendarnych muzyków, którzy grali lub grają w zespołach Smokie i Animals. Do nazwy Smokie prawo zachował perkusista, natomiast Chris Norman wstępuje pod własnym nazwiskiem.  
Następnego dnia pojawiłem się na próbie technicznej. Był upalny sierpniowy dzień.
Wszyscy byli już na scenie, perkusista z uśmiechem dawał ton technikowi dźwięku, zgodzili się na wykonywanie zdjęć. Wokalista Simon van Downham, uśmiechnięty, zapytał kim jestem, po zapoznaniu przywołał Martina Blanda i powiedział, że on śpiewa repertuar Smokie, a Martin - The Animals, że ma swój zespół i nagrywa solowe płyty. Otrzymałem „demo CD”
z najnowszymi jego nagraniami.
Dwa z nich umieszczę wkrótce do przesłuchania na myspace/rockinberlin.

Już podczas pierwszych dźwięków próby słychać było, że wszyscy nadal są w doskonałej formie,
z lekkością i swobodą wydobywający dźwięk ze swoich instrumentów. Gdy patrzyłem na nich pomyślałem szczęściarze, „forever young”- „na zawsze młodzi”, mimo upływu lat, rockowa adrenalina przydaje tym ponad 50-letnim młodzieńcom werwy.

Podczas lekko jazzującej improwizacji pokazali perfekcję, z jaką poruszają się nie tylko w klimatach rockowych.

Koncert zespół rozpoczął nagraniem Smokie - Midnight Lady, czym od startu rozgrzał publiczność. Kolejność nagrań znajdziecie na zdjęciu na dole strony, śpiewali także piosenki Raya Charlesa,
Joe Cockera, Thin Lizzy…Najgoręcej zrobiło się przy piosence Smokie, – Alice, której refren, już na stojąco śpiewali wszyscy.

Kilkadziesiąt osób, oczekiwało po koncercie na autografy, wśród nich nasza znajoma Marylka,
ze zdjęciem razem z Simonem, którego poznała przed 10 laty.
Reasumując: wokal Simona van Downhama, doskonale oddaje klimat przebojów Smokie sprzed ponad 30 lat. Martin Bland jest również dobrym wokalistą, jego wersji „Domu wschodzącego słońca” jak i kilku fragmentów piosenek z koncertu, można posłuchać na przygotowanym krótkim dokumencie wideo, co da wam przedsmak tego, czego możecie oczekiwać podczas koncertów THE LEGENGS.

M.S.

Ich begegnete glücklichen Rockern…

August 2008. Misdroy. Auf der Litfasssäule ein Poster – Smokie. Ich konnte nicht recht an diese Revelation glauben. Die Gruppe spielt seit Jahren nicht mehr. Chris Norman schon, aber solo. Ich rief im Kulturhaus an, ich erwischte Marian Bahrej, der Veranstalter des Konzerts der die Geschichte der Gruppen Smokie und Animals kennt aus der die Musiker stammen die am nächsten tag im rahmen des The Legends Konzertes auftreten sollten. Er erklärte mir die rechtlichen Voraussetzungen und sagte mir dass die Zusammensetzung der Gruppe die spielen wird aus den legendären Musikern besteht die bei Smokie und Animals spielen oder gespielt haben. Die rechte am Namen Smokie hält der Drummer und Chris Normen spielt unter eigenem Namen.

Am nächsten tag schaute ich bei den technischen probe vorbei. Es war ein heißer August tag.
Alle waren sie schon auf der Bühne, der Drummer legte dem Tontechniker mit einem lächeln den Beat vor. Ich erhielt die Erlaubnis für Fotoaufnahmen. Der Sänger Simon van Downham fragte grinsend wer ich war. Nach dem ich mich vorgestellt habe rief er Martin Bland zu uns und erklärte mir dass er das repertuar von Smokie singt. Martin –The Animals, hat jetzt seine eigene Band und nimmt solo Alben auf. Ich erhielt eine Demo CD mit seinen neusten aufnahmen, zwei von den habe ich auf www  (Link oben) zum reinhören ins netz gestellt.

Bereits bei den ersten klängen konnte man hören dass alle immer noch in bester form sind und mit Leichtigkeit und Gelassenheit die klänge ihren Instrumenten hervorlocken. Als ich mir sie so ansah dachte ich mir: die Glückspilze, „foreever young“- „ für immer jung“, obwohl die Jahre dahin flogen gab das Rockadrenalin den über fünfzig jährigen Jünglingen Pep.

Während der leicht jazzigen improvization,  stellten sie ihre Perfektion zuschau, mit der sie sich nicht nur in rockigen Gefilden bewegen.

Das Konzert begann die band mit dem Smokie Klassiker – Midnight Lady, was die Zuschauermenge aus dem stand zum rocken brachte. Die abfolge der Songs findet ihr unten auf dieser Seite, Sie preformten auch Songs von Rey Charles, Joe Cocker, Thin Lizzy… Am meisten ging es ab bei dem Smokie song- Alice, bei dem refren standen alle gemeinsam und sangen aus vollen Hälsen mit.

Einige dutzend Fans warteten nach dem Konzert auf Autogramme und mitten unter ihnen unsere Freundin Marylka, mit einem Foto in der hand auf dem sie zusammen mit Simon zu sehen ist, den sie vor 10 Jahren kennen gelernt hat.
Zusammen fassend kann man sagen: die Stimme von Simon van Downham gibt perfekt die Atmosphäre des Smokie repertuars wieder, das doch schon vor 30 Jahren entstand. Martin Bland ist ebenfalls ein ausgezeichneter Vokalist, seine Version von „ Haus of the rising sun“ kann man zusammen mit einigen anderen Ohr Leckereien im einem kurzen Video genießen das ich bereit gestellt habe damit ihr wisst was ihr während des THE LEGENDS Konzerts erwarten könnt.

M.S.

Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego