-???-
DYRYGENT
Na naszej stronie chciałbym przedstawić popularnego berlińskiego dyrygenta i kompozytora Karola Borsuka (na zdjęciu z żoną), z którym spotykamy się niekiedy podczas polonijnych uroczystości. Kilka lat temu był dyrygentem chóru kościelnego, pamiętam wspaniały koncert, podczas którego wystąpili w polskim kościele na jego zaproszenie berlińscy artyści. Podczas naszego ostatniego spotkania w galerii Beletage poprosiłem go, by odpowiedział na kilka pytań, które przybliżyłyby jego sylwetkę naszym internetowym czytelnikom. Bo mimo, że jest postacią znaną, lubianą i popularną - warto, by więcej osób wiedziało o polskim dyrygencie i kompozytorze w Berlinie, a zapytałem go:
… o początki w Berlinie - Przyjechaliśmy z koncertami Chóru Uniwersytetu Marii Skłodowskiej-Curie z Lublina, którego byłem dyrygentem w 1980 roku (grudzień) na zaproszenie Collegium Musicum Berlińskich Uniwersytetów (Berlin Zachodni). Później kolejne zaproszenie na koncerty miedzy 6. a 13. grudnia 1981 roku do Berlina Zachodniego i wprowadzenie "stanu wojennego" w Polsce. Ja zostałem… z kilku studentami, ze świetną recenzją po ostatnim koncercie (13 grudnia) w "Berliner Morgenpost".
… o karierę - Trudno mi o czymś takim mówić. Mnie interesuje moja praca i moja pasja, którą jest muzyka. Pracuję jako Fachbereichsleiter w Szkole Muzycznej Reinickendorf. Przez wiele lat byłem wicedyrektorem tej szkoły. Nigdy nie interesowały mnie funkcje administracyjne (wielokrotnie mi proponowane), przede wszystkim cieszę się, iż mogę "robić" muzykę - w sensie przenośnym - jako dyrygent - i w sensie dosłownym, jako kompozytor. Myślę - a z perspektywy tych wszystkich lat, mam prawo tak sądzić, ze w Polsce nie miałbym szans dyrygowania dużymi koncertami (Konzerthaus, Philharmonia itd.), gdyż były one i są zastrzeżone tylko "dla wybrańców" - niestety. Ale zawsze pocieszam się stwierdzeniem mojego przyjaciela Prof. Italo Montiglio (Dyrektora kilku międzynarodowych festiwali we Włoszech), który w dłuższej rozmowie powiedział mi kiedyś, iż "nie każdy może być Karajanem - i dzięki Bogu". W chwili obecnej jestem bardzo zadowolony z tego co robię.
… o "Mszę Międzyzdrojską" - Ponieważ od lat związany jestem z Międzyzdrojami, gdzie mam wielu przyjaciół, do których zalicza się ksiądz proboszcz Dr. Marian Wittlieb, z którym często wiedziemy długie rozmowy. Zaowocowały one napisaniem "Requiem Międzyzdrojskiego" po tragicznej śmierci polskich olimpijczyków - Komara i Ślusarskiego, i wykonywanego rokrocznie podczas Mitingu Lekkoatletycznego w sierpniu "na żywo" lub odtwarzane z nagrania".
Kolejnym utworem jest "Petrus Credo", czyli Credo Piotrowe napisane jako samodzielny utwór (21 minut) na sopran-solo, chór żeński, fortepian (znajdujący się w kościele) i organy. Po dłuższym namyśle dopisałem: "Gloria" (prawykonane w Konzerthaus w Berlinie) oraz kolejne części Mszy Świętej. Następnie zwiększyłem obsadę o głos męski (tenor), tak więc cała msza ma wszystkie - stałe - części (Kyrie, Gloria, Credo, Sanctus, Benedictus i Agnus Dei) i trwa około 60 minut.
Prawykonanie odbyło się 14 listopada w Międzyzdrojach i zostało nagrane przez telewizję. W Berlinie została ona wykonana w Bazylice Św. Jana na Kreuzbergu.
… o plany - Aktualnie piszę utwór na solistów, chór, orkiestrę i fortepian solo, którego przewodnim motywem jest - pytanie Św. Piotra opuszczającego (przed prześladowaniami) Rzym, skierowane do napotkanego Chrystusa -"Quo vadis Domine? (Dokąd idziesz Panie?" - na które otrzymuje odpowiedź "Venio Romam iterum crucifigi" ("Idę do Rzymu by mnie ponownie ukrzyżowano").
Utwór ten będzie dla mojego rodzinnego miasta, Łukowa na Podlasiu, gdzie 11 września zostanie on prawykonany na Festiwalu Henryka Sienkiewicza, jako że autor "Quo vadis", "Trylogii" itd. - urodził się w Woli Okrzejskiej na Ziemi Łukowskiej.
Zapraszam wszystkich, na ten festiwal w 105 rocznice przyznania Sienkiewiczowi - Nagrody Nobla.






Steffen Möller - "Ich habe nur gewonnen"
26.10.2008 w kinie "Die Kurbel" wyświetlono film dokumentalny "Ich habe nur gewonnen" o artystach na emigracji. Po projekcji spotkaliśmy się wtedy z dwoma z czterech postaci o których był film, byli to: Janina Szarek, znana berlińska aktorka i pedagog oraz Ryszard Kula z Hamburga - aranżer, kompozytor i dyrygent.
Natomiast 13.12.2009 pokazano ten film, Polonii berlińskiej po raz drugi w galerii der Ort , zapraszając najbardziej znana postać z filmu duetu reżyserskiego: Brygidy Dworok-Mich i Drago Hari. Najbardziej popularnego i lubianego Niemca w Polsce Steffena Möllera, kabareciarza i aktora, a ostatnio i pisarza, który sympatycznie po niemiecku i polsku opowiadał o swoim 14 letnim pobycie w Polsce, o Polakach. Jest w nim coś takiego co pozwala go polubić, ma cierpliwość do słuchania i talent do celnych i dowcipnych odpowiedzi.






Andrzej Patla - polski szkoleniowiec i jego wychowankowie
Staatliche Ballettschule Berlin und Schule fur Artistik, to stamtąd po latach nauki odchodzą w świat kolejni adepci cyrkowej sztuki.
17-tego czerwca , zaproszeni przez
Andrzeja Patlę - nauczyciela, trenera, wychowawcę młodzieży,
poszliśmy obejrzeć egzaminacyjne pokazy uczniów ostatniej klasy.
To co zobaczyliśmy, przerosło nasze oczekiwania, prezentowali się artyści na najwyższym poziomie akrobatycznego wyszkolenia, w pięknych kostiumach estradowych i niektórzy, podziwu godnych makijażach.
Choreografia i oprawa muzyczna ukazała spektakl za jaki w zawodowym teatrze musielibyśmy zapłacić sporo pieniędzy. Tu mieliśmy to wszystko gratis, a chyba jeszcze więcej, bo uczniowie - artyści mieli świadomość,
że są oceniani przez egzaminatorów, siedzących przed nami i wpisujących coś do arkuszy. Więc dali z siebie wszystko. Tu widać było wszystko jak na dłoni, bo nie było elementu, którym jest oświetlenie punktowe.
Nie było ściemy. Gratulacje dla Andrzeja i kadry szkoleniowej...






MissIFA
Tą twarz znają wszyscy, od trzech lat spogląda na nas z plakatów i reklam targów IFA. Mało kto wie,
że ten sympatyczny uśmiech MISS IFA należy do Polki, urodzonej w Berlinie, której rodzice pochodzą
z Bydgoszczy.
Panią Ewę poznałam, gdy objęła tytuł Miss IFA w roku 2007, pamiętam była bardzo szczęśliwa.
Poprosiłam ja o rozmowę, by opowiedziała o swoim sukcesie.
Powiedziała, że pierwszy raz odwiedziła IFA w wieku 14 lat
i wtedy zobaczyła twarz i postać targów, które odwiedzała później rokrocznie. Mając 18 lat dorabiała do studiów, jako fotomodelka i aktorka. Trzy lata temu zadzwoniono do niej z agencji reklamowej z informacją, że szukają nowej Miss IFA i zapytano czy to nie byłoby to coś dla niej, bo zna angielski, ma niebieskie oczy - co było ważne. Dzień przed castingiem ukończyła studium, wszyscy już imprezowali, a ona przygotowywała się do castingu. Musiała zaprezentować otwarcie gali, oczywiście po angielsku, dwuminutowe. Ubrano ją na czerwono, robiono mnóstwo zdjęć, czy pasuje jej ten kolor... Odpowiadała na różne pytania: Jaki kolor lubi, jakie czyta gazety? Oceniano czy jest spontaniczna, sympatyczna… I wybrano - spośród 70 dziewczyn.
Studiowała media managemant, a następnie marketing, ma nadzieję, że będzie mogła to łączyć, gdy przestane być Miss IFA. No cóż (jak mówi ze śmiechem) włosy kiedyś przestaną być czerwone a staną się siwe.
Po trzech latach z tytułem Miss IFA nabrała pewności siebie, zna tam dużo ludzi, z którymi tworzy wielka „ifową” rodzinę, pomagają sobie wzajemnie. „W pierwszym roku byłam bardziej stremowana – powiedziała.
Bardzo serdecznie współpracujemy ze sobą, przyjeżdżają tu firmy z całego świata
Poznaję mnóstwo ważnych ludzi, specjalistów, biznesmenów. W normalnej pracy nie miałabym takich możliwości - poznałam i rozmawiałam z Panią kanclerz dr. Merkel podczas otwarcia IFA 2009”.
Zapytana o radę dla młodych Polaków chcących zrobić karierę w Europie – powiedziała, że… „najpierw trzeba słuchać, co mówi serce, iść za jego głosem, nie należy bać się nowych miast, czy państw. Trzeba otworzyć się na świat, zobaczyć, jak on tam funkcjonuje.”
Sądzi, że polskie pochodzenie nie miało znaczenia, najważniejszy był język, angielski… Liczą się języki
i kompetencje. Jest jej niezwykle przyjemnie, gdy spotyka na IFA Polaków i może z nimi porozmawiać po polsku,
są zaskoczeni i zawsze bardzo serdeczni, jest to taka inna serdeczność, taka polska.
Tylu tu przedstawicieli firm z całego świata, czy nie chcieli pani „porwać” do siebie na modelkę?
„Cha, cha, akurat na modelkę nie.” Rozumiem, nie pytam więcej.
Targi IFA trwają kilka dni, ale praca poza nimi byłaby niemożliwa, bo w ciągu całego roku są wyjazdy, promocje, sesje zdjęciowe zabierające bardzo dużo czasu.
Zapytałam - czy faktycznie te sesje są takie ciężkie jak skarżą się inne modelki?
„Bywa ciężko, cierpią nogi, plecy też. Trzeba być wygimnastykowanym (zdarzyło się, że musiałam skakać przez pralki), nieraz muszę bardzo wcześnie wstawać, poza tym sesje trwają niekiedy dwanaście godzin, a trzeba cały czas być radosną, uśmiechniętą i wypoczętą, ale oczywiście frajda jest większa i jest to przyjemne, inaczej bym tego nie robiła.”
Jak rodzina i przyjaciele przyjęli pani sukces?
„Wszyscy mi kibicują, dziś właśnie odwiedzili mnie znajomi i oprowadzałam ich po targach. Co roku z Polski przyjeżdżają na IFA, mój dziadek i ciocia. Rodzice założyli album gdzie zbierają wycinki z gazet i moje zdjęcia.”
Życzę dalszego powodzenia i dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała: Danuta Kwiecień






Galeria Pigasus
Co miesiąc wystawa plakatu - to już tradycja w galerii Pigasus państwa Joanny i Mariusza Bednarskich, która ma w swoich zbiorach kilka tysięcy polskich plakatów .
Można tam nabyć również płyty CD, takiego zestawu polskich kompaktów, nie uświadczysz chyba nigdzie, naprawdę trzeba się naszukać , aby czegoś nie znaleźć.
Ze swoich archiwaliów gospodarze wyjęli i przypomnieli nam jak wyglądał plakat przygotowany na olimpiadę w Moskwie, przy którym gest Kozakiewicza w kierunku organizatorów to pestka przy stosunku autora tego plakatu do tej olimpiady…
Jeżeli chcecie wiedzieć o co chodzi - odwiedźcie Galerię Pigasus i porozmawiajcie z jej właścicielami, może uchylą wam rąbka tajemnicy.
Galeria Pigasus
Torstra.62, 10119 Berlin
www.pigasus-gallery.de






Barbara Ur i Andrzej Piwarski
14 maja 2008 odwiedziliśmy Barbarę Ur i Andrzeja Piwarskiego, małżenstwo berlińskich artystów. Ciekawi byliśmy w jakich warunkach powstają prace, które oglądaliśmy już na kilku wystawach. Barbara i Andrzej najpierw pokazali nam swoją pracownię gdzie wśród zgromadzonych prac, starych i nowych, robili nam krótkie wykłady o stosowanych technikach,
o rzeźbie i malarstwie .Później już przy lampkach dobrego koniaku, opowiadali
o studenckich czasach i drogach wspólnej kariery artystycznej.
Więcej informacji o artystach
na ich stronach internetowych:
www.barbaraur.one.pl
www.piwarski.one.pl
Oddać głos materii (Tekst Mirosławy Koch)
Tak zatytułowano ostatnią wystawę prac Andrzeja Jana Piwarskiego w Galerii Ratusza Tempelhof (21.02 - 30.04.2008) Ponieważ nie jestem z zawodu znawczynią sztuki, odebrałam tę wystawę jak zwykły zjadacz chleba. I muszę powiedzieć bardzo mi się podobała; te różne kolory zgodnie egzystujące obok siebie na obrazach, ta biel pokazująca wspomnienie z Hiszpanii – to wszystko wywiera wrażenie. Ekspozycja została zorganizowana z okazji siedemdziesiątych urodzin artysty i pięćdziesięciolecia aktywności twórczej. Piwarski istnieje od 40. lat na międzynarodowym wystawiennictwie. Prace artysty były pokazywane w Polsce
i wielu krajach świata: Szwecji, Rosji, Watykanie, Hiszpanii, Niemczech. Piwarski urodzony warszawiak, studiował w Gdańsku i tam rozpoczął swoją karierę. Ożeniony ze znaną artystką Barbarą Ur, poświęcił się całkowicie - już w duecie - sztuce. Andrzej Piwarski - jak sam mówi - jest częścią żony Basi - jej konstruktywnego świata. On nie przeszkadza jej, ani ona jemu. Nie są o swoje sukcesy zazdrośni. Uzupełniają się wzajemnie. Założyli w Tuchomiu (w Polsce) w 1992 roku Europejskie Laboratorium Sztuki, gdzie spotykają się artyści z wielu krajów. Para małżeńska Ur – Piwarski mieszkała jakiś czas w Essen, a od roku 2005 żyją
i pracują w Berlinie.
Na wystawie były również jej prace: portrety męża, bo jak sama mówi – „Andrzej ma bardzo rzeźbiarską i malarską głowę”.





Wojtek Korda - Twarze się zmieniają
Wojciech Korda,
kilka jego winylowych płyt mam do dzisiaj, niekiedy puszczam na gramofonie i... ich trzask generuje wspomnienia tamtych big-bitowo - rock'n'rollowych lat. Z moim idolem końca 60-tych lat spotkaliśmy się w berlińskim Domu Polskim po tórymś z koncertów i rozmawialiśmy o jego występie. Na to spotkanie przyniosłem jedną z tych winylowych płyt: Niebiesko-Czarni - „Twarze”, na której rozkładówce jest portret Wojtka, z lat młodzieńczych. Ucieszył się, gdy wyjąłem płytę… To ty jeszcze ją masz?... Gdy ujrzał swoje zdjęcie, uśmiechnął się i powiedział: „Kakij krasiwyj maładiec”. Roześmialiśmy się.
Opowiedział jak współprojektował okładkę, o zdjęciach dookoła, o „Poznańskich słowikach”, gdzie śpiewał sześć lat.
Poprosiłem go o autograf - podpisał się.
Po chwili namysłu, powiedział - wiem co napiszę - i nieco wyżej wpisał
„Twarze się zmieniają”.