Przejdź do treści

Menu główne:

Country music

Wild, Wild Wolsztyn


Kiedy pędzi się autostradą A2 z Berlina do Poznania, bardzo łatwo można przeoczyć ten wyjazd,
a przecież tak niedawno to właśnie tutaj kończyła się „droga przez mękę” i zaczynała „Poznanianka”.

Mowa o wyjeździe na Nowy Tomyśl. Jeśli jednak uda nam się tutaj opuścić autostradę (po zapłaceniu 18 złotych!) i pojedziemy w stronę Nowego Tomyśla, to około 30 kilometrów dalej dojedziemy prowadzącą przez lasy drogą krajową 305 do Wolsztyna – sympatycznego miasteczka powiatowego położonego nad jeziorami Berzyńskim i Wolsztyńskim. To tutaj Robert Koch odkrył laseczkę wąglika (Anthrax), tutaj znajduje się także parowozownia, w której można zobaczyć, dotknąć i powąchać prawdziwe lokomotywy, jak ze słynnego wiersza Juliana Tuwima, napisanego jeszcze w 1938 roku.
Twórczość zgoła innego rodzaju ściąga tutaj od pięciu lat wykonawców i fanów muzyki Country, czy raczej filozofii Country i wszystkiego, co ma do czynienia z „kowbojeniem”. Melodyjność i rytmika tego gatunku, połączona z tak bliską polskiej duszy melancholią i tęsknotą za wolnością zawartą w westernach dopuszczonych jeszcze przez władzę „ludową”, zamanifestowaną na słynnym plakacie wyborczym Solidarności „W Samo Południe – 4 czerwca 1989” autorstwa Tomasza Sarneckiego, na którym Gary Cooper paraduje z plakietką Solidarności przypiętą do kamizelki nad gwiazdą szeryfa, podbija nadal serca Polaków. Ale wśród uczestników piątej edycji Festiwalu „Czyste Country” w Wolsztynie można było spotkać kowbojów z wielu krajów.
Imprezę, której pomysłodawcą i „sprawcą” jest nasz gwiazdor, multitalent - Michał Lonstar, można uznać za przysłowiowy strzał w dziesiątkę (podobnie, jak niegdyś The Country Family czy Lonstar Band!).

To okazja do posłuchania dobrej muzyki i do porozmawiania z osobowościami środowiska muzyków Country. Wśród nich nie mogło zabraknąć w tym roku m. in. „First Lady” polskiego Dzikiego Zachodu - Alicji Boncol, która zachwyca śpiewem i nie tylko. - Publiczność nie chciała jej pozwolić zejść ze sceny. Norweg Arly Carlsen (Arly Carlsen and Sons) czarował pięknym barytonem i wraz z synami  zafundowali wolsztyńskiej widowni na prawdę solidny koncert. Obok nich legenda - Tomasz Szwed przypomniał kilka swoich standardów. Grupa Bluegroud & Clara z Czech otwierająca niedzielny koncert potwierdziła opinię, że Europejczycy nie muszą się obawiać porównań z amerykańskimi kolegami. A na zaproszenie Lonstara przybyli z USA Daniel T. Coats & Band, których występ był punktem kulminacyjnym festiwalu.
A na „parkiecie” przed sceną zlokalizowaną nad jeziorem, nieopodal „Pałacu Wolsztyn”, w rytm polek i bluegrassów wywijali osobnicy w kowbojskich kapeluszach, butach i kamizelkach (niejednokrotnie uzbrojeni w korkowce), nie zabrakło szeryfów z Podhala i z Berlina, „cow-girls” w przedziale wiekowym od 6 do 80 lat, a także przypadkowej gawiedzi, która szybko dała się porwać rytmicznym „kawałkom” płynącym z bardzo dobrze ustawionego nagłośnienia – komplement w stronę techniki dźwięku! Dookoła parku krążyły Harleye i inne ustylizowane motocykle wydające w rytm muzyki groźne pomruki, a siedzący na nich okrakiem jegomoście spoglądali  dumnie i uśmiechali się do dziewcząt, mrużąc oczy, jak Clint Eastwood. Było nawet kilku znudzonych życiem, którzy przebrali się za Indian.
Nie zabrakło atrakcji dla najmłodszych: oprócz straganów z zabawkami i świecidełkami „made in daleki wschód” milusińscy mogli zobaczyć prawdziwe kucyki i prawdziwego wielbłąda, a przed spóźnionym snem wyłudzić od rozbawionych rodziców (lub dziadków) jeszcze jedną porcję lodów.
Jak zawsze tego typu imprezom towarzyszyła karawana jarmarczna związana z rękodziełem produkującym takie gadżety, jak kowbojskie buty, kapelusze, kamizelki, koszule, spodnie, spinki, zapinki, łańcuchy, ostrogi, naszywki, czapeczki konfederackie itd. Jeśli Cowboy zapomniałby walizki z akcesoriami, to tutaj mógł kupić dosłownie wszystko, czego dusza zapragnie!
Zabawa była przednia, wyżywienie i zaopatrzenie w napoje nie pozostawiają niczego do życzenia, organizacja na „piątkę z plusem”.  Polska rozwija się powoli na potentata w organizowaniu rożnego rodzaju festynów i spędów pod byle pretekstem. Na szczęście poziom imprez niekoniecznie musi na tym cierpieć, czego „Czyste Country 2014” jest najlepszym dowodem.
Wszystko odbyło się przy rewelacyjnej pogodzie i temperaturach sięgających 26° w cieniu – nisko kłaniam się wszystkim tym, którzy nie padli na udar cieplny, chociaż odniosłem wrażenie, że niektórym było jeszcze za zimno.
Przyjechaliśmy do Wolsztyna trochę spontanicznie, nie zrobiwszy uprzednio rezerwacji w hotelu, co okazało się błędem. W Wolsztynie nie było dla nas miejsca w „żadnej gospodzie”.  Musieliśmy jechać na noc do Nowego Tomyśla. Też dobrze, bagatelne 25 km, prowadzący samochód musiał się zadowolić napojami bezalkoholowymi... Na przyszły raz będziemy mądrzejsi, a jak czas i pogoda pozwolą, przyjedziemy może na dłużej, niż tylko na weekend.

Bartek Bukowski

TRZY DNI NA DZIKIM ZACHODZIE... w BERLINIE

Juliane & Country Delight
Nie czekając na Mrągowo, czy Wolsztyn, mieliśmy wczoraj dwugodzinny koncert country w wykonaniu Juliane Albrecht i Country Delight w Berlinie.
 
www.countrydelight.de

Country Music Messe 2013

Country Music Messe 2013 to świąteczne dni dla fanów muzyki country, powoli i my wrastamy w tą rodzinkę zwaną „Country Family”, cieszymy się na spotkanie z ludźmi, którzy przyjeżdżają z Polski, by tu tak jak i my „pokowboić” i poczuć westernowy luz.
Tym razem postanowiliśmy naszym country-rockinberlińc
zykom podarować w podziękowaniu za współpracę z naszą redakcją upominki.
I tak:
Michaelowi Lonstarowi, polskiemu wykonawcy muzyki country wręczyliśmy - jego zdjęcie z Billy Yeats'em z naszej kolekcji "The Best Photos of RockinBerlin", a największemu znawcy muzyki country z Polski Korneliuszowi Pacudzie, podarowaliśmy album Franciszka Walickiego "Epitafium na śmierć Rock'n'Rolla". W którym, człowiek zwany "ojcem chrzestnym" polskiego R&R, docenia również wartość muzyki country i człowieka... znającego wszystkie drogi prowadzące do Nashville.

Z roku na rok przybywa polskich gości na Country Music Messe, w b.r. obok stoiska Lonstara prezentował się największy polski festiwal muzyki country w Mrągowie. Tu zdjęcie pożegnalne, po zakończeniu Targów.

Więcej

18. International CMM Berlin

3 dni w iście amerykańskim stylu... Po prostu czysta rozrywka!

Country Music Messe, czyli targi muzyki country odbywają się w Berlinie, od 1996 roku.  
18. International CMM Berlin odbyły się po raz pierwszy w hali URANIA (nieopodal Ku'Dammu i Europa Center). To edukacyjno-rozrywkowe centrum, w pełni spełniło oczekiwania organizatora Kaja Ulatowskiego, który zapowiedział, że kolejne odbędą się w tym samym miejscu.
Organizacyjnie przebiegły te targi bardzo sprawnie, lata doświadczenia robią swoje, oczywiście były i minusy, ale zrównoważone mużyką country, wykonywaną przez międzynarodową reprezentację tego stylu.
Obecny na targach był Krzysztof Majkowski, który promował najstarszy polski festiwal muzyki country
- w Mrągowie, któremu poświecimy wkrótce więcej miejsca.

MS




Alicja Boncol
NO LOVE WITHOUT TRUST / NIE KOCHASZ GDY WIARY BRAK


Prezentujemy utwór NO LOVE WITHOUT TRUST z najnowszego singla Alicji Boncol,
o której znawca muzyki country Kornel Pacuda powiedział:
"Najlepsza polska wykonawczyni muzyki country. Wygląda i śpiewa jak superstar. Panowie podziwiają, panie zazdroszczą temperamentu i urody. Od ponad 15 lat śpiewa hity z Nashville i nowe piosenki.  Jest w przededniu wielkiej, międzynarodowej kariery."
Po wysłuchaniu nagrania, sami przyznacie, że powyższa opinia należy się Alicji.


Co do nagrania:
Alicja Boncol napisała do nas, że powstało w jeden dzień, a tak naprawdę - muzyka w ciągu 15 minut,  skomponowana w głowie Adama Kłosa podczas wywijania mopem i robienia wiosennych porządków,  a tekst dopisał się w jedną noc spontanicznie przez Tomasza 'Teachera" Jarmołkiewicza.
… Ja weszłam do studia i nagrałam w 2 dni…  bo trzeba było posłuchać, nanieść  kosmetyczne poprawki, etc...:-)
Utwór znajdzie się na trzeciej płycie, przymierzamy się do kolejnych, ale do tego potrzeba czasu, a gdy pracuje się za biurkiem codziennie przez 8 godzin, to płyty w tydzień się nie nagra :-)))
Pozdrowionka serdeczne,
ab

NIE KOCHASZ GDY WIARY BRAK

Przed ołtarzem na kolanach
młody człowiek modli się
Pyta "Czemu ją zdradziłem?"
cicho połykając łzę
Patrząc w oczy te zmęczone,
gdzie na krzyżu człowiek trwa
Wie, że w każdej życia chwili
w jego sercu miejsce ma

Obok okna matka nocą
z godzin bicia składa rym
Z twarzą w dłoniach zatroskana
czeka kiedy wróci syn
i gdy słyszy jego kroki,
cichy uśmiech koi twarz
Wie, że choć ją czasem rani,
w sercu jej on miejsce ma

Nie kochasz gdy wiary brak
i bez wybaczania
wobec tych dla których jesteś
nie zmyślaj sercu złych dróg
jak okrutnym jest gdy tniesz
miłość na pół

Na cmentarzu żony pomnik
wita starca siwa skroń
patrzy w niebo, starą laskę
ściska pomarszczona dłoń
myśląc o tych wszystkich chwilach,
które przeżyć im Bóg dał
i choć dawno już odeszła,
w sercu jego miejsce ma

CMM Berlin
3. - 5. Februar 2012





Country Messe Berlin
(Targi Muzyki Country)


jest wystawą wokół najbardziej popularnej muzyki Stanów Zjednoczonych. Wielu wystawców oferuje CD, DVD wykonawców muzyki country, są stoiska z akcesoriami, modą, biżuterią. Amerykański bufet z jedzeniem i piciem.

COUNTRY MUSIC RADIO

w Internecie
Radio - Pacuda Country

RMF Pacuda Country - nowa stacja internetowa napopularniejszego radia w Polsce - RMF FM  http://www.miastomuzyki.pl/radio,74. Korneliusz Pacuda od 30 lat promuje muzykę country, organizuje międzynarodowy festiwal Piknik Country w Mrągowie. Obywatel Honorowy Stanu Tennessee. Prezentuje najlepsze piosenki: od western swingu przez blugrass po country pop i country rock. Od Hanka Williamsa po Gartha Brooksa, Alana Jacksona i Rascal Flatts.

Największy Letni Piknik Polskiego Wybrzeża

  14 WESTERN PIKNIK
  FOLK, BLUES & COUNTRY FESTIVAL
  14-17.07.2011
  SUŁOMINO, WYSPA WOLIN


Strona internetowa: www.western-piknik.pl

Program: 40 godzin programu
Topowe zespoły z Polski, Czech, Słowacji, Niemiec, Danii, Austrii, Anglii, USA, m.in.:
"   Andrzej Cierniewski www.andrzejcierniewski.pl
"   Babsztyl + Cezary Makiewicz - koncert jubileuszowy - 30-lecie zespołu www.babsztyl.pl
"   angielska grupa Henry Smith Band - zespół roku Brytyjskiego Stowarzyszenia Muzyki Country www.henrysmithband.com
"   austriacki zespół Big City Indians - zdobywca amerykańskiej nagrody Native American Music Awards www.bigcityindians.com
"   Elvis Presley Is Back - jedyny program piosenek Presleya w klimatach country w Europie
"   Arvagrass - słowacki zespół bluegrassowy www.arvagrass.sk
"   Ladybirds - czeskie folkowo - popowo - countrowe trio pięknych i utalentowanych dziewczyn www.ladybirds.eu
"   Last Hot Dogs - niemiecki zespół z Berlina grający tradycyjne country www.lasthotdogs.de
"   Rio Grande (Dania) - rockowo, dynamicznie www.riograndecountry.dk



Country Music Messe - Berlin 2011

W piątek 4-go lutego włożyliśmy kowbojskie kapelusze i wybraliśmy się pokowboić na tereny Pstbahnhof-u (przy Ostbahnhof).
Zjechało kowbojstwo z Europy i Ameryki, przyjechali też kowboje z Polski.  Lonstar z Magdą "Wilczycą" , był gwiazdor z Nashville - Billy Yates, z którym Lonstar nagrał płytę, a która  pojawi się wkrótce na rynku.
Wystąpili znani nam: Daniel T. Coates Band, The Lennerockers, Zydeco Annie & Swamp, Country Delight, NightHawk oraz Modern Earl (USA), który miał wystąpić podczas polskiej Weihnachtsmesse . Po raz pierwszy wystąpiła na CMM - Cora Lee. Świetny występ.
Wypiliśmy po szklanicy whisky, niektórzy piwo, inni morze piwa, pogawędziliśmy co w kantrowym świecie i nasłuchaliśmy się tej "kantrowersyjnej" muzy, która w Berlinie ma tak wielu fanów, że Postbahnhof w sobotę trzeszczał tradycyjnie w szwach. Targowe dni trwały od piątku do niedzieli. Przetrwaliśmy je i my:  Marek, Dzidka, Stefan, Jan, Marta, Magda, Alina, Marek, Jan, Jacek  i inni...

Yee Haw..


COUNTRY STORY

Skóra, country, motocykle - To mój świat.
Tak naprawdę zaczęło się od motocyklizmu, będąc nastolatką  poznawałam powoli świat wolności i otwartej drogi, ciągłych zmian przepięknych miejsc na tym jakże wyzwolonym pojeździe jakim jest motocykl. Wtedy zainteresowałam się skórą i wyrobami z niej  - po pierwsze trzeba się w coś spakować i do tego należy spakować się dobrze i bez zabierania ze sobą lodówki, żelazka, pralki i innych, ma się na to zwykle pół godziny i jadąc z kierowcą przysługuje mi jedna sakwa - czyli para skarpetek, jedne spodnie, koszulka i majtki. Na tydzień. Ciężka sprawa. Można dorzucić aparat, telefon, ładowarkę i .... siebie... Więc stworzyłam wtedy swoją pierwszą sakwę - nowością było to, że miała dorobiony ukształtowany pokrowiec na wysokie kowbojki ;) bo uwielbiam zmieniać buty. Wyszło nieźle, więc zaczęłam bliżej interesować się skórą, a konkretnie wzorami na niej. W międzyczasie moje życie związało się z muzyką country - tymbardziej moje zainteresowania poszybowały w kierunku wzorów na skórze. Pilnie studiowałam amerykańskie książki - przedruki, nawet z 1900 roku - na temat sztuki wytłaczania wzorów na skórze, mój warsztat powiększał się stale o nowe narzędzia - sprowadzane z USA, ponieważ nikt w Polsce czy Europie nie dysponował odpowiednim asortymentem. Zupełnie hobbystycznie posiadłam tajniki wiedzy o tej rzadkiej już rzemieślniczej pracy jaką jest wytłaczanie skór. Stale uczę się czegoś nowego, eksperymentując z barwnikami i technikami tłoczenia. To moja wielka pasja. Zapraszam na stronę www.customleather.pl

Kolejna moją pasją jest taniec country. Tańczę w zespole Apple Jack, z którym tego lata bawiliśmy publiczność, a lato country w Polsce obfituje w znakomite imprezy festiwalowe i mniejsze plenerowe. Bywały momenty kiedy zaczynało się podróż od środy wieczorem, a piątek, sobota i niedziela oznaczały  trzy różne wydarzenia w różnych miejscach w Polsce :) Podsumowując sezon,  śmiało mogę stwierdzić, iż piknik w Sułominie był jedną z najlepszych imprez tego lata - zachowuje on bowiem nadal formułę luźnego pikniku połączonego ze zlotem motocyklowym, gdzie można usiąść na ziemi  naturalnego amfiteatru, gdzie nie widać zbyt mocno  ochroniarzy, panuje tam bardzo przyjacielska atmosfera i ludzie fantastycznie bawią się do wczesnych godzin porannych. Publiczność, którą  Apple Jack uczył tam tańca country była jedną z najlepszych, najliczniejszych i najbadziej zdeterminowanych do nauki jaką tego lata widziałam. Duże wrażenie zrobił na mnie muzyczny zespół Rio Grande z Danii - siedmiu wspaniałych muzyków, rozgrzewających niezwykle pozytywnie widownię, z ogromnymi zasobami energetycznymi, którzy swoją świetną muzyką podnosili z miejsc tłumy. Można skosztować ich twórczości na stronie http://www.myspace.com/riograndecountrymusic.
Kolejnym z ważniejszych przystanków w tym roku było także Mrągowo, tym razem całkowicie countrowe. Znakomicie bawiliśmy się na scenie z Alicją Boncol i Koalicją, Colorado, Honky Tonk Brothers, Przemkiem Myszkowkim i innymi. Publiczność tam nie zmienia się od lat ze swoim poziomem zabawowości i werwy - nie można ominąć tego miejsca na trasie country po PL.
Ciekawym zjawiskiem, w którym uczestniczyłam zaraz po drugim dniu koncertów w Koszęcinie (także bardzo miły piknik country) był zorganizwoany po raz pierwszy na Podkarpaciu Festiwal Piw Domowych. Festiwal odbył się nad Soliną w Solinie, w przepięknych bieszczadzkich plenerach - tuż przy tamie wodnej. Miejscowi browarnicy prezentowali swoje domowe ważone piwa - nie do kupienia w żadnym sklepie. Pycha! Były mierzone brzuchy publiczności - honorowo wygrał wójt gminy Solina  - jak powiedział prowadzący, był to pierwszy i ostatni dzień dumy z tego powodu. Imprezę organizowała Gmina Solina wraz z Fundacją im. Jerzego Janickiego - po raz pierwszy. Udała się tak znakomicie, że będzie prawdopodobnie imprezą cykliczną - oczywiście w towarzystwie muzyki i tańców country. Mam nadzieję, że nauką tańca country przy akompaniamencie Janusza Nastarowicza z Colorado Band zaszczepiłam ziarnko dobrej countrowej zabawy.
Droga Publiczności, dziękuję za wspaniałą zabawę na tegorocznych imprezach country z Apple Jack,
zachęcam też gorąco do nauki tańca country i wspólnego tupania! Do zobaczenia za rok!
Country Ania

STORY FOR ROCKINBERLIN

LONSTAR - GITAROWY KRĄG
     Wszystko zaczęło się od... No, właśnie! Od czego zacząć tę niezwykłą, piękną, smutną, ale w ostatecznym rozrachunku pełną nadziei opowieść, na którą złożyły się cztery różne historie, cztery wątki, które zaistniały osobno, w różnych miejscach i czasach, by w dramatycznych okolicznościach spotkać się i spleść w nierozerwalną całość?

     Visaginas, Litwa. Miasteczko-sypialnia przy tamtejszym reaktorze atomowym, malowniczo położone między dwoma jeziorami, w pięknym, sosnowym lesie. To tam od siedemnastu lat co roku w połowie sierpnia odbywa się "Visagino Country" - największy i pod każdym względem najwspanialszy międzynarodowy festiwal muzyki country w tej części globu. Jego producenci trzy lata temu wprowadzili nową tradycję: doroczną Nagrodę Specjalną dla artysty szczególnie zasłużonego w promocji country i samego festiwalu. Pierwszym laureatem tej nagrody został... niżej podpisany, a nagrodą była piękna gitara akustyczna Alhambra Western. W zeszłym roku Nagrodę Specjalną otrzymał... I tu pojawia się druga historia.

     Kośice, Słowacja. Tu żył i aktywnie działał wrażliwy artysta - Peter Dula. Swoim talentem kompozytorskim i niesamowitym głosem zasilał składy i repertuar kilkunastu formacji folk i country, a przez kilka ostatnich lat był frontmanem najlepszego słowackiego zespołu country, Veslari, który z racji sukcesów na rynku międzynarodowym używał też anglojęzycznej wersji tej nazwy - The Rowers. Kilkakrotnie dzielił ze mną scenę na europejskich festiwalach. Podzielał też moje poglądy - tak muzyczne jak i ogólnoludzkie. Peter, jako jedyny wykonawca z bloku wschodniego, został doceniony w Nashville, jako piosenkarz i autor. Nawiązał współpracę z wieloma tamtejszymi gwiazdami "z górnej półki", takimi jak Billy Yates, Joe Diffie, Marty Stuart, Mark Chesnutt czy Buddy Jewell. Odnotował na swoim koncie pierwszy wielki hit, "Waiting For The Rain". Wszystko wróżyło mu wielką karierę i to w epicentrum tej muzyki. Ale... w tym miejscu pora  wpleść trzeci wątek.

     Warszawa, Polska. Magdalena zwana "Wilczycą", wielka fanka country, a zarazem aktywna postać na polskiej scenie country, pisze artykuł o zeszłorocznej edycji "Visagino Country", w tym również o nagrodzie dla Petera Duli, a była nią tym razem gitara Martin OOO-15. Peter niestety nie mógł jej odebrać osobiście, bo był w tym czasie w szpitalu. W jego imieniu nagrodę odebrał na visagińskiej scenie zespół The Rowers. W trakcie opisywania tego wydarzenia Magdalenie towarzyszyło dziwne przeczucie, które - jak się okazało - nie zawiodło jej. W dwa dni po oddaniu tekstu do publikacji dowiedziała się, że Peter Dula w wieku zaledwie 28 lat... przegrał toczoną od dłuższego czasu walkę z rakiem. Zmarł 10 października ubiegłego roku.

     Na jego pogrzebie (czwartek 16 października) zjawił się dosłownie cały słowacki i czeski świat folkowo-countrowy. Magdalena i ja też pojechaliśmy do Kośic, mimo wczesnego ataku zimy, zaśnieżonych szos i służbowych obowiązków "Wilczycy". Po prostu nie mogliśmy nie pojechać, bo Peter również dla nas był bliską, bratnią duszą. Po wzruszającej ceremonii pogrzebowej nastąpiło coś, co... Ale tu czas na zapowiedziany czwarty wątek.

     Laco "Grizzly" Sasak, to wszechstronny człowiek kultury: multi-instrumentalista, kompozytor, poeta, nauczyciel i szeroko pojęty animator słowackiego życia artystycznego. Dla Petera Duli był muzycznym mentorem i duchowym ojcem. Jeszcze na kilka dni przed jego śmiercią dokonał z nim kilku akustycznych nagrań, rzecz jasna z wykorzystaniem gitary Martin OOO-15. Peter, wiedząc, że umiera, podarował ten cenny instrument swemu artystycznemu guru. Laco Sasak po pogrzebie Petera zaprosił do swego domu kilkanaścioro artystów szczególnie bliskich zmarłemu. Ze wzruszeniem przyjęliśmy fakt, że i my znaleźliśmy się w gronie zaproszonych. Usiedliśmy w kręgu, a Laco przyniósł peterowego Martina, na którym po kolei zagraliśmy po dwa utwory. To nie było zwykłe jam-session. To brzmiało, jak zbiorowa modlitwa - za Petera i za nas, pozostających na tym świecie, jeszcze nie wiadomo na jak długo...

     Z inicjatywy niestrudzonego Laco 16 grudnia 2009 roku w centrum kultury "Domino" w Kośicach odbył się niezwykły koncert pamięci Petera Duli, z udziałem artystów, którzy współpracowali z Peterem na różnych etapach jego kariery. Do udziału w koncercie zostałem zaproszony również i ja. W finale koncertu ogłoszono powołanie Galerii Sławy imienia Petera Duli, a zaszczytny tytuł dwóch pierwszych członków Galerii przyznano mnie i słowackiemu mistrzowi country, a prywatnie - przyjacielowi Petera, Allanowi Mikuskowi.

     Gitara Martin OOO-15 była obecna na scenie podczas całego koncertu, zaś w momencie przyznania członkostwa Galerii Sław trafiła symbolicznie w moje ręce. Ale nie na zawsze! Ten instrument został ochrzczony imieniem "Wayfaring Guitar ("Wędrowna Gitara") i będzie realizował ideę zgodną z tym imieniem. Będzie co roku zmieniał właściciela, wędrując do kolejnych artystów uhonorowanych członkostwem Galerii. Ja "Wędrownego Martina" mam w tym roku przekazać wspomnianemu Allanowi Mikuskowi, a Allan za rok - następnemu countrowcowi nominowanemu przez radę artystyczną Galerii...

     "Wayfaring Martin" zdążył już ze mną przewędrować kilka tysięcy mil i zabrzmieć swoim ciepłym, krystalicznie-czystym tembrem m. in. ze scen w Speyer i w Berlinie, a także w nagraniu demo mojego nowego utworu, "Cowboy's Gone", skomponowanego na cześć Petera. Docelowo chcę go nagrać w duecie z Allanem Mikuskiem, z którym - podobnie jak z Peterem - łączy mnie serdeczne "braterstwo countrowej broni".

     Kiedy to piszę, obok mnie na statywach stoją dwie gitary: moja Alhambra Western otrzymana w Visaginas w roku 2007 i "Wayfaring" Martin OOO-15 - także nagroda z "Visagino Country". Dwie siostry należące do dwóch duchowych braci. Znajomi pieszczotliwie określają je mianem "blondynki" i "mulatki", bo Alhambra ma płytę rezonansową wykonaną z jasnego świerku Sitka, a Martin - z czekoladowo brunatnego mahoniu. Obie brzmią cudownie, każda na swój specyficzny sposób: "blondynka" jest bardziej krystaliczna i ostra, a głos "mulatki" jest cieplejszy i miększy.

     Ktoś mnie zapytał, czy będzie mi żal oddawać Martina mojemu następcy? Otóż nie, nie będzie mi żal! Byłoby mi żal, gdybym miał ją oddać przypadkowemu nieznajomemu. Ale to nie ten przypadek. Allan Mikusek, to nie tylko przyjaciel i "równy gość"; to również perfekcyjny muzyk, biegły gitarzysta i w ogóle wspaniała postać. Mam świadomość, że "Wędrowny" Martin powędruje w dobre ręce! A zważywszy intuicję Laco Sasaka i jego gruntowne rozeznanie rynku muzycznego, mam pewność, że po Allanie kolejny artysta wytypowany przez radę Galerii Sław do poniesienia tej pięknej gitarowej sztafety, będzie równie godny.

     Podczas tegorocznej wizytacji duszpasterskiej w mojej parafii poprosiłem kapłana, by poświęcił peterową gitarę. Wierzę, że Wielki Dyrygent tam, w górze, przyjmie każdy jej dźwięk zagrany przez każdego kolejnego gitarzystę, jako modlitwę za tego syna, którego powołał do siebie tak wcześnie. Czy zbyt wcześnie? Rozmawialiśmy o tym po wspomnianym koncercie w Kośicach. Dla rodziców Petera i dla jego narzeczonej, przeuroczej Viki, śmierć Petera - choć przewidywalna z racji postępującej choroby - była przedwczesna, to oczywiste. Ale zjednoczyła tak wielu spośród nas i uświadomiła nam wartość życia, przyjaźni i czasu, jaki NAM pozostał, by dokonać czegoś dobrego. Wierzę, że wszyscy kolejni opiekunowie "Wędrownego" Martina sprawią, że ten gitarowy krąg pozostanie nie przerwany.    
     
Tekst: LONSTAR

P. S. z ostatniej chwili.

W sobotę 24 kwietnia w warszawskim Domu Kultury "Rakowiec" odbyła się uroczysta Gala Muzyki Country - koncert laureatów Jubileuszowego X Plebiscytu "Dyliżanse 2009" - w trakcie której samo życie dopisało piękny ciąg dalszy opisanej tu historii. Bowiem w kategorii "Country Bez Granic" (to nagroda dla najlepszego zagranicznego artysty country, który w ubiegłym sezonie występował w Polsce) laureatem został Allan Mikusek, zaś w kategorii "Wydarzenie Roku" ogromna większość fanów oddała głos na koncert "Pocta Petrovi" (po słowacku - "W Hołdzie Petrowi") i na Nagrodę im. Petra Duli dla Lonstara i Allana Mikuska.

Na Galę przybyli ze Słowacji Allan Mikusek, Laco Sasak, wirtuozerski multi-instrumentalista z zespołu Veslari - Fero Jano, matka Petera - Anastazja i narzeczona Petera - Viki. Po ogłoszeniu nazwisk zwycięzców we wspomnianych wyżej kategoriach, Allan wykonał akustyczne wersje swoich 4 utworów, z towarzyszeniem Fero na skrzypcach, a potem już we czterech - wraz z Laco Sasakiem - zaśpiewaliśmy 2 utwory z repertuaru Petera, przeplatane reminiscencjami o naszym bracie, który odszedł. W jednym z tych utworów zaśpiewałem ... po słowacku! Całość zamknęliśmy moim songiem "Cowboy's Gone". Oczywiście ja zagrałem na peterowym Martinie. Po zakończeniu Gali kilkadziesiąt osób w kuluarowych rozmowach przyznało się do łez w oczach w trakcie tego występu. Dla nas był to piękny znak, że gitarowy krąg wrażliwych, bratnich, countrowych dusz stał się aż tak wielki...

CMM 2010

Country Romantik in Berlin Dreitägige musikalische Reise durch den Wilden Westen



Überall, wo man hinschaute, waren Cowboys und Cowgirls zu sehen. Sie trugen Hüte, wie in den alten Western-Filmen, hatten aber keinen Colt bei sich, wie die Filmhelden aus Hollywood. Bewaffnet waren sie aber trotzdem, und zwar mit Gitarren und anderen einschlägigen Musikinstrumenten, die man braucht, um eben typische Country Musik erschallen zu lassen. Einige Frauen kamen sogar in Kleidern, wie sie aus den Wild West Filmen bekannt sind.
Es handelte sich bei diesem musikalischen Großereignis um die dreitägige Internationale Country Music Messe 2010 im Berliner Postbahnhof voriges Wochenende. In den drei Tagen wurde, auf zwei Etagen und vier Bühnen verteilt, ein riesiges Konzertprogramm mit Musikern dieses Genres aus allen Teilen der Welt geboten, davon viele auch aus dem Ursprungsland der Country Music, den USA. Ebenso wurden an unzähligen Verkaufsständen, passend zum Anlass, die dazu gehörenden Utensilien wie Cowboystiefel, und -hüte,  Westen, Hemden, Gürtel, aber auch CDs feilgeboten.
Unter den auftretenden Künstlern fehlte auch der berühmte polnische Country Musiker Michael Lonstar und seine Band nicht. Der Sänger, Gitarrist und Songschreiber ist nicht nur in seiner Heimat der bekannteste Country Musiker mit Kultstatus, sondern auch in den USA, wo er ebenfalls regelmäßig auftritt. Polen wurde auf dieser Messe auch noch durch das New Road Duo vertreten. Ansonsten kamen Musiker aus Deutschland, Schweden, Kanada auf die Bühne. Die Auftrittszeit war auf Grund der vielen Bands auf 30 Minuten begrenzt, wobei einige trotz der limitierten Zeit nicht um eine Zugabe herumkamen. Die Stimmung war durchweg gut. Die Bandbreite der Darbietungen reichte von New Country über Bluegrass und Cajun & Zydeco bis hin zu Acoustic und Country Classics. Auffällig waren vereinzelt auch vom Country stark abweichende Stilrichtungen, die eher dem Genre Rock´n`Roll oder Rock zuzurechnen sind. Doch wurde das gar nicht so eng gesehen. Toleranz, heißt es, sei schließlich eine der größten Stärken der Country Music und ihrer Anhänger. (vov)


Country Stars
Country Fans

DYLIŻANSE 2009

"CO TO JEST TO COUNTRY"

  Zostały oficjalnie ogłoszone wyniki ogólnopolskiego dorocznego plebiscytu country, zwanego "Dyliżanse" 2009. Z przyczyn pozaartystycznych tegoroczne nominacje obejmowały okres ostatnich trzech lat.
To dobry powód, żeby podzielić się refleksjami na temat kondycji muzyki country w tej części globu. Dodam: nie tylko w Polsce. Piszę niniejszy tekst z dumą i satysfakcją, bo wspomniany plebiscyt niemal w całości wygrałem… ja.
W rekordowej frekwencji, przekraczającą frekwencję z poprzednich lat prawie trzykrotnie, zostałem zwycięzcą w czterech najważniejszych kategoriach: Artysta Roku, Najlepszy Wokalista, Najlepsza Płyta - "Co to jest to country"/"What's His Country Thing" i Najlepsza Piosenka - "Do Sejn"/"High Noon Train". (Tytuły podaję w dwóch językach, bo de facto wydałem DWIE płyty, a ściślej - dwie "bliźniaczki": ten sam materiał w wersji polskiej i amerykańskiej, co stanowiło ewenement samo w sobie i tym bardziej zostało docenione przez znawców i fanów).
Dodatkowym powodem do dumy są zwycięstwa w czterech innych kategoriach powiązanych ze mną, bo Zespołem Roku został wybrany mój Lonstar Band, Instrumentalistą Roku - grający ze mną na pedal steel guitar Leszek Laskowski, za Wydarzenie Roku uznano Mszę Country w trakcie Country Pikniku w Mrągowie 2008, której byłem współwykonawcą i kierownikiem artystycznym (oprócz mnie zaśpiewali na chwałę Bogu George Hamilton IV, Mandy Strobel i Czarek Makiewicz), zaś w kategorii "Country Bez Granic", (czyli najlepszy artysta europejski występujący
w Polsce) głosujący wybrali rewelacyjną Suzie Candell, która pojawiła się u nas na moje zaproszenie i odbyła ze mną i moim zespołem trasę po Polsce i Litwie.

       Z reguły po każdym takim plebiscycie rusza fala krytycznych komentarzy, bo w tym naszym niepokornym narodzie nie brak malkontentów i wybrzydzaczy; zawsze są jakieś kontrowersje, pretensje i głosy zawiści. Ale tym razem było zaskakująco inaczej. I to jest mój największy powód do dumy, bo niemal 100% komentatorów zgodnie podkreśla, że "to się Lonstarowi należy, że na to zasłużył". A są to głosy nie tylko fanów z naszego bezpośredniego otoczenia. Dowiaduję się, że głosowali na mnie ludzie spoza kręgów stricte countrowych, jak np sprzedawczynie z supermarketu, kosmetyczki z salonu urody, a nawet nieznane mi osoby z Niemiec, Litwy, Włoch i Irlandii. Jakież to miłe i motywujące!

       W tym wszystkim brzmi niestety nutka nieco minorowa. Otóż stwierdzenie, że "Lonstar jest bezkonkurencyjny",
w naszej obecnej rzeczywistości nabiera dosłownego znaczenia. Bo prawdziwym sukcesem i powodem do dumy byłoby zwycięstwo w gronie stu czy dwustu konkurentów. Tymczasem polska scena country jest dziś tak uboga, że po prostu NIE MA konkurencji. Cztery dekady metodycznej antypromocji tej muzyki, traktowania jej po macoszemu przez media i show business, ośmieszania countrowej subkultury, jako czegoś wsiowego i zacofanego, doprowadziło do "wyludnienia" tego rewiru. Wykonawcy zrażeni brakiem perspektyw, niechęcią promotorów i ogólną niewiedzą masowego odbiorcy odchodzą od country. Mieliśmy kiedyś jedenaście festiwali country. Dziś jest tylko Mrągowo, w którym country jest ubogim krewnym, bo priorytet mają tam gwiazdy pop i lansowany przez nie styl, który następnie poprzez media "idzie w Polskę" i daje zafałszowany obraz tego nurtu, podczas gdy prawdziwi countrowcy pozostają nadal w cieniu. Błędne koło się zamyka, bo mało kto country gra, mało kto je promuje i… mało kto słucha, no bo gdzie ma tego posłuchać i w czyim wykonaniu?

       Ale… bądźmy uczciwi! Dużą część winy ponoszą sami countrowcy. Kiedy popatrzymy choćby na WYGLĄD większości naszych artystów działających pod szyldem country na jedynym prestiżowym wydarzeniu tej muzyki w Polsce, czyli na Country Pikniku w Mrągowie, to co widzimy? Jakieś haniebne sandałki na brudne skarpetki, jakieś spodenki typu "rybaczki", kozacko-cygańskie "rubachy", kelnerskie kamizeleczki, kapelusiki rodem z komedii "Sami swoi", brokatowe kiecki żywcem z prowincjonalnego dancingu, a nawet bazarowe dresy z lampasem i przepocone T-shirty. Abnegacja, której w żadnym wypadku nie tłumaczy fakt, że są wakacje, bo tu chodzi o WIZERUNEK, który powinie być wizytówką STYLU. "Jak cię widzą, tak cię piszą". No i… piszą o nas tak, jak nas widzą. I tak nas traktują. Ale to dopiero połowa bólu, i to ta mniej ważna.

       Bo tu należałoby porozmawiać o MUZYCE. Rozpowszechniło się mniemanie, że tzw. "progresywne" country trzeba grać rockowo. Efekt? Perkusja wali głośno i bez finezji, przesterowane gitary rzężą, wokalista wrzeszczy,

a w repertuarze - popłuczyny Lynyrd Skynyrd i AC/DC, albo produkty własne - infantylne i schematyczne, zdradzające totalny brak świadomości stylu - i… to ma być country. Z kolei inni robią wszystko, żeby tylko nikt im przypadkiem nie przypiął etykietki "country". Uciekają w stronę folku, poezji śpiewanej albo źle pojętego komercjalnego popu, najwyraźniej WSTYDZĄC się uprawianego gatunku. I jak tu wymagać od kogokolwiek szacunku do country, kiedy sami artyści go nie mają do siebie i do wykonywanej sztuki?

       Ale zakończmy tę smutną nutkę i wróćmy do mojego poczwórnego, a właściwie ośmiokrotnego zwycięstwa. Jedna z osób komentujących wyniki plebiscytu powiedziała: "Ludzie zagłosowali na COUNTRY!" I to prawda. Mogę z czystym sumieniem i bez megalomanii powiedzieć, że jestem dla fanów wzorcem i wyznacznikiem country w Polsce, począwszy od konsekwentnego, stylowego wyglądu na scenie i poza sceną, poprzez gruntowną, nabywaną od dzieciństwa świadomość tego, "co to jest to country" aż po moją muzykę autorską, wywodzącą się z tych właściwych tradycji. Żyję muzyką country i w tym, co robię, jestem autentyczny, mimo odległości dzielącej mnie od Texasu czy Tennessee. Fani to docenili. I to mnie napełniło radością, nadzieją i wewnętrznym przekonaniem, że chyba robię coś DOBRZE.

       Chcę w tym miejscu być dobrze zrozumiany. Jeśli w Ameryce zdarzy się, że Vince Gill pojawi się na scenie w kwiaciastej koszuli hawajskiej i w szortach, prosto z pola golfowego, albo Garth Brooks w dresie z boiska baseballowego, to TAM, w Ameryce nikt im tego nie poczyta za abnegację ani za brak szacunku wobec widza; tam im tak WOLNO, bo oni sprzedają miliony płyt, zapełniają stadiony na koncertach, zdobywają nagrody przemysłu fonograficznego na równi z najpopularniejszymi gwiazdami pop, na co dzień wyglądają stylowo i BRZMIĄ stylowo i na co dzień okazują fanom szacunek swoją sztuką. I - co najważniejsze - w Stanach nikt nikogo nie musi przekonywać do country, ani przepraszać, że gra country, bo TAM status ekonomiczny i artystyczny tej muzyki jest niekwestionowany. My, w Polsce, powinniśmy być pod tym względem "świętsi od papieża", bo u nas trzeba WALCZYĆ, żeby z tą muzyką zaistnieć.

       Tę prostą prawdę już dawno zrozumieli i konsekwentnie stosują Niemcy, Skandynawowie, Holendrzy, a od kilku lat również niedoceniani przez nas Litwini, Słowacy i Łotysze. Dbają o stylowy wygląd sceniczny i o repertuar COUNTRY. Na jam session można z nimi pograć country i POGADAĆ o country, bo mają dużą wiedzę o historii i klasyce gatunku. To jest cenne. TRZEBA znać korzenie swej muzyki i być jej pasjonatem, żeby ją wykonywać nie tylko z biegłością techniczną, ale i z SERCEM, które w country jest takie ważne. A poza tym w każdym z tych krajów są setki (!!!) wykonawców country. U nas jest pod tymi wszystkimi względami bardzo ubogo. To dlatego, tak dobrze czuję się na dorocznych imprezach Country Music Messe w Berlinie i Norymberdze, na festiwalach "Visagino Country" (Litwa), "Dobrofest" (Słowacja), "Bauska Country" (Łotwa), Nurburgring czy Wittenberge (Niemcy). Wszędzie tam czuję, że jestem w swoim żywiole. Tam szacunek dla country i MIŁOŚĆ do country jest czymś oczywistym.

       Ten szacunek i ta miłość przekłada się na kontakty osobiste i na inspirującą współpracę. Jam-sessions nieodłącznie towarzyszące spotkaniom na CMM już zaowocowały. Nawiązane tam znajomości i przyjaźnie doprowadziły do wspólnych nagrań i koncertów z Suzie Candell, po niej moimi partnerami stali się Stan Silver i Mandy Strobel (wszyscy troje wystąpili ze mną w Mrągowie), a niedawno wraz z moją żoną, Magdaleną wpadliśmy do klubu "Weisser Holunder" w Kolonii na koncert promocyjny nowej płyty zespołu Texas Heat, którego leader, Marty Wolfe, zwany przez nas pieszczotliwie "Telemolester" z racji jego biegłości w grze na gitarach model Telecaster, błyskawicznie dołączył do grona naszych serdecznych "friends in low places", takich bratnich countrowych dusz. Naturalnie zaprosił mnie na scenę, a po promocji - do swego domu, gdzie spędziliśmy następny dzień na graniu i na "countrowej burzy mózgów". Rezultaty tej współpracy mogą się okazać nieobliczalne, rzecz jasna w pozytywnym sensie! A Mandy Strobel, który aktualnie przemierza Tennessee i Kentucky, zabrał w podróż mój nowy tekst i tam pisze do niego muzykę.

       O dziwo, mimo światowego kryzysu sytuacja na naszym rodzimym rynku w tym roku zapowiada się nie najgorzej. Pojawiają się promotorzy niebojący się hasła "country", toteż sporo gramy, a sezon dopiero się rozkręca. Oprócz fanów na nasze koncerty przychodzą widzowie przypadkowi i wielu z nich pozyskujemy, jako countrowych neofitów. To typowe zjawisko: "nie znam, więc nie lubię". Ale kiedy poznają, wówczas ku swemu zdziwieniu stwierdzają, jakie to piękne. Kupują płyty i "łapią bakcyla". Czyli - promocja, promocja i jeszcze raz promocja!!!

I konsekwentna wierność stylowi, bo w tym leży siła i potencjalny sukces.

              29 maja występujemy na festiwalu w Wittenberge. Potem seria koncertów w całej Polsce, z kulminacją w Mrągowie, gdzie mam się pojawić w kilku projektach: w koncercie duetów, w moim show autorskim, na scenie alternatywnej i - tradycyjnie już - na mszy country w tamtejszym kościele. Od trzech lat producentem Country Pikniku jest mój przyjaciel, Krzysztof Majkowski, który jako 18-latek stawiał pierwsze kroki w show-businessie grając na klawiszach w moim pierwszym zespole - Country Family, toteż na tej linii zaistniała szansa zmian na plus i już się cieszę na kolejne emocje na tym festiwalu, który przecież współtworzyłem z grupą countrowych zapaleńców ponad ćwierć wieku temu!

       A w połowie sierpnia - po raz szósty wybieram się na cudowne "Visagino Country", tym razem zaproszony tam, jako Gość Honorowy. Ale na pewno nie obędzie się bez wspólnego muzykowania z międzynarodową bracią countrową! Zaś 28 sierpnia gramy na innym wielkim festiwalu - "Lodenica" na Słowacji i też się cieszę - na spotkanie i wspólne granie z rewelacyjnym, nagrywającym i śpiewającym w Nashville słowackim countrowcem Peterem Dulą.
W międzyczasie piszę nowe piosenki, mam w planach cykl audycji w Polskim Radiu i udział w alternatywnym składzie muzycznym, który zabierana koncert… bluegrassowy (!) do Wilna.

       W tej całej mojej historii najważniejsze chyba jest to, że po tylu latach walki o country (jakże często przegrywanej!) nadal kocham to, co robię. Jakiś czas temu niekwestionowany gigant polskiego rocka, Zbyszek Hołdys, na  muzycznej gali "Guitar Top" uścisnął mnie serdecznie i powiedział: "Stary, kocham cię za to, że ci się jeszcze chce!" A nieco później jeden z moich fanów ujął to samo metaforycznie: "Są ludzie, którzy się ugną, ale nie dadzą złamać. A Lonstara łamano tyle razy, ale się nigdy nie ugiął!" Może to właśnie na tym polega - żeby "się chciało", żeby kochać i walczyć o to? Może całe nasze życie na tym polega? A muzyka country, to przecież nic innego, jak samo życie, z jego blaskami i cieniami…

KONCERT

Alan Jackson w Skien, Norwegia
Korespondencja Wilczycy

GONE COUNTRY !

Czasami bywam zmęczona - tak zwyczajnie, jak każdy. Wtedy wyobraźnia podsuwa mi surrealistyczną wizję... urlopu. Takiego normalnego: z leżakiem, plażą, smażalnią ryb i spacerami po lesie, który pachnie jak wakacje sprzed  lat... Nie żeby mi jakoś szczególnie na co dzień podróży brakowało, ale żeby tak raz, gdzieś, bez sound-checków, bez bagażnika załadowanego instrumentami, bez biur festiwalowych, umów i rozliczeń... Na szczęście jednak posiadam jeszcze odrobinę instynktu samozachowawczego, więc pytam samą siebie: "no dobrze, a jak już minie ta pierwsza doba, to co ty dalej z tym "wypoczynkiem" zrobisz?" No bo jeśli gdzieś już jechać, to tylko tam gdzie jest country - dopiero wtedy plaża i zwiedzanie okolicy mają sens i smak. Tym sposobem wizja last minute idzie w odstawkę i wszystko wraca do normy. No i pewnie w tym roku byłoby tak samo, ale najpierw przyszło do nas zaproszenie od Eleny Cekiene do odwiedzenia tegorocznego "Visagino Country" w charakterze honorowych gości festiwalu, a następnie Piotr Pleskot, wpadłszy do nas któregoś wieczora na herbatę obwieścił beztrosko: "Wiecie, że Alan Jackson będzie w Europie w połowie sierpnia?" Co proszę?! I ja tego dożyłam?!
Pół godziny później siedzieliśmy wszyscy z nosem w internecie, a za dwa kolejne dni skandynawsko - litewska logistyka była opracowana, a elbląsko-warszawska "silna grupa pod wezwaniem" gotowa do wyjazdu. I chociaż ostatecznie wylądowaliśmy w Norwegii zamiast w Danii, a do Visaginas dotarliśmy z opóźnieniem - no to taki urlop to ja rozumiem! A więc drodzy Czytelnicy - zapraszam na wakacje. Gone country!

część 1
"SMALL TOWN SOUTHERN MAN - Alan Jackson w Skien, Norwegia"

"O rany, zobaczcie: łoś!" - obie z Ewą równocześnie wrzeszczymy panom nad uchem z tylnej kanapy, w reakcji na widoki przesuwające się za oknami wynajętego auta, którym mkniemy drogami norweskiego regionu Telemark. Jest środa, koncert Alana jutro, a dziś odrobina turystyki. W końcu urlop, nieprawdaż?
Na starcie miła niespodzianka: w recepcji hotelu "Clarion" w Skien podchodzi do nas młodziutka blondynka o przemiłej aparycji - "Hi, I'm Ida. You're from Poland, right?"
Kompletne zaskoczenie potęguje fakt, że prowadząc korespondencję z Idą na temat naszych akredytacji, nie sądziłam, że moja respondentka to dwudziestoparoletnia córka szefa agencji organizującej to olbrzymie wydarzenie muzyczne, a zarazem jedyny, poza tatą-szefem, jej pracownik. Wszyscy pozostali ludzie wokół biura organizacyjnego to osobiste ekipy artystów (zwłaszcza Alana) oraz wynajęte firmy techniczne, inspicjenci, obsługa medialna, itp. No tak… Znaczy, że można zorganizować dopiętą co do kropki trasę multi-platynowego artysty, jedynie przy pomocy własnego profesjonalizmu i kontaktów i bez konieczności pakowania połowy budżetu imprezy na urządzenie biesiady i innych atrakcji np. "na żaglach" dla setki zapijaczonych "vipów"…  Refleksje na temat różnic pomiędzy mentalnością cywilizowaną i "słowiańszczyźniano-polaczkowatą" i ich związku z siłą oddziaływania i popularnością muzyki country po tej stronie Atlantyku, snuję sobie w myślach podczas krótkiej wycieczki po okolicy, fotografując Heddal Chapel i wielobarwną podwójną tęczę, wyrastającą wprost z zalesionych wzgórz nad Kanałem Telemark.
Bardzo szybko orientujemy się, że Norwegia ma wiele zalet - ludzie są autentycznie pogodni i mili dla siebie nawzajem, językiem angielskim posługuje się nawet handlarka jabłkami przy drodze, a cowboy hats na naszych głowach wzbudzają wyłącznie wyrazy sympatii. Ma jednak jedną, acz istotną wadę: wszędzie jest piekielnie drogo!  Ale - jak mówią muzycy, przemierzając kolejne kilometry dróg - "w trasie się nie liczy", a w końcu nie przyjechaliśmy tu uprawiać ascezy. Pierwszy dzień kończymy więc kuflem "najdroższego piwa świata" na pokładzie zakotwiczonego na nabrzeżu "boat pubu", podglądając krzątaninę ekipy Alana przy hotelu i podziwiając feerie barw w podświetlanych fontannach portu Skien.

W dzień koncertu około 11 rano przed hotel podjeżdża wielki, czarny, luksusowy autokar z ciemnymi szybami. Nie ma wątpliwości - to jest "tour bus" Alana na skandynawską trasę. Póki co zabiera amerykańską ekipę na sound-check, a od Idy wiemy, że Alan przyleci do Skien dopiero po południu. My też pakujemy manatki i przenosimy się na miejsce koncertu, czyli Stevneplassen. Tam w biurze już czeka Ida z naszymi "photo passes", a chwilę potem dojeżdża elbląska część ekspedycji - jesteśmy w komplecie!
Jeszcze tylko spacer po Skien, jeszcze jeden kufel "Arctica" na promenadzie z widokiem na port i już stoimy w kolejce do wejścia na koncert. Pięć minut przed siedemnastą ten sam wielki, czarny autokar podjeżdża pod bramę - wszyscy krzyczą radośnie i pozdrawiają ledwo widoczną zza ciemnych szyb, ale w pełni rozpoznawalną postać Alana. Teraz dopiero ochrona otwiera bramki dla publiczności i po szczegółowym sprawdzeniu zawartości naszych bagaży, obejrzeniu akredytacji i "zaobrączkowaniu" czerwonymi opaskami strefy VIP, możemy wejść na teren Stevneplassen. A w zasadzie wbiec, aby zaklepać jak najlepsze miejsca. Uff, zdobyte! Dziewczyny już siedzą przy drewnianym stole w części gastronomicznej, mnie w tym czasie udaje się rozstawić krzesło w komfortowym punkcie obserwacyjnym, na niewielkim pagórku z widokiem na scenę i olbrzymi telebim. A publiczności wciąż przybywa. Trudno powiedzieć jaka była ostateczna liczba widzów w Skien, ale sądząc po statystyce całej trasy skandynawskiej Jacksona, mogło ich być 12-14 tysięcy.
Przed muzyczną częścią spacer po stoiskach - o ile nabycie pamiątkowej koszulki z trasy, napojów lub paru westernowych akcesoriów nie stanowi problemu, o tyle w ogóle nie ma wydawnictw płytowych - nie tylko Alana, po prostu żadnych - nie licząc jednego CD szwedzkiej Jill Johnson, której koncerty stanowią support  Jacksona podczas całej trasy, aczkolwiek występuje ona na prawach "gościa specjalnego". Ponieważ już ze wcześniejszej oceny Jill przez internet wiem, że ta muzyka koło country co najwyżej leżała i to w sporej odległości - płyty nie kupujemy.
Muzyczne atrakcje rozpoczyna pierwszy support: norweska piosenkarka, nota bene rodowita mieszkanka Skien - Liv Marit Wedvik. Oglądając przed wyjazdem jej teledysk do piosenki "Mustang Road" i przesłuchując fragmenty najnowszej płyty, szczerze mówiąc po występie live spodziewałam się więcej. To znaczy, nie żeby którykolwiek ze wstępnych koncertów był zły: ba, one oba w kategoriach muzyczno - technicznych były wręcz dobre. Ale brakowało mi w nich "tego czegoś": feelingu, autentyzmu, pazura, określonego własnego stylu, czy w ogóle stylu.... Na plus Liv Marit na pewno zalicza się to, że jak sama o sobie pisze i mówi, jest zafascynowana muzyką country od dziecka, bardzo lubi słuchać tradycyjnego country i stara się na tych wpływach tworzyć swój własny, unowocześniony repertuar, który istotnie stanowił większość jej koncertu. Liv śpiewa ładnym głosem, w kontakcie z publicznością jest radosna i energiczna. Nie był to jednak koncert powalający - o ile sama Liv wie "co to jest to country", to z pewnością nie można tego powiedzieć o jej zespole, który z uporem omijał stylowe countrowe zagrywki, zastępując je klasycznymi rockowymi riffami z przesterowanym brzmieniem. Liv Marit ma na koncie dopiero drugą w ogóle, a pierwszą regularnie wydaną, płytę, więc należy przypuszczać, że ten talent dopiero się na dobre rozwinie i z czasem odnajdzie własny, autentyczny styl.
Drugi support to wspomniana Jill Johnson. Celowo piszę "support", bo jakoś nie do końca mam ochotę rozumieć, dlaczego szwedzka gwiazda pop ma być "gościem specjalnym" trasy, tak wielkiej światowej gwiazdy muzyki country. Zwłaszcza, jeżeli wziąć pod uwagę, że Skandynawia ma tak wielu doskonałych muzyków, posiadających własny, w stu procentach countrowy repertuar, że wymienię choćby najsłynniejsze norweskie trio: Arly Krlasen - Ove Stoylen - Gunnar Thomas, czyli "European Highwayman".
Najwyraźniej jednak w tym konkretnym wypadku zadziałała siła euro-komercji, bo publiczność niecountrowa na tamtejszym rynku, która teoretycznie mogła nigdy nie słyszeć o Alanie Jacksonie, na pewno wie kim jest Jill Johnson. Faktem jest, że Jill to dużo bardziej doświadczona piosenkarka niż Liv Marit. Na scenie od wielu lat, wygrywała szwedzkie finały Eurowizji i od tamtej pory zaistniała na rynku na mocnej pozycji, którą posiada do dziś.  W Nashville nagrała ostatnią płytę, która wprawdzie countrowe wpływy zawiera, jednak do choćby otarcia się o mainstream, jeszcze daleko. Wszystkie te sukcesy świadczą o jej pozycji i umiejętnościach, ale fakt, że Szwedzi kwalifikują ją w gatunku "country - country rock", dla mnie osobiście jest nieporozumieniem.
Kilka minut po koncercie Jill Johnson atmosfera na Stevneplassen wyraźnie się zmienia. Przed sceną zbiera się coraz większy tłum, cichną wrzaski wokół grilla, wszyscy czujemy ten elektryzujący powiew wiszącego w powietrzu wyczekiwania na coś wielkiego i tylko na scenie praca wre z iście automatyczną precyzją. Ekipa techniczna Alana ustawia instrumenty, podpina wzmacniacze, zwija kable, a nad tym wszystkim czuwa stage manager, odznaczając kolejne punkty na check-listach. Na koniec osobiście sprawdza drożność mikrofonów i wzmacniaczy. Wszystko to odbywa się po cichu, sprawnie, ale bez wymuszonego pośpiechu i zbędnych pokrzykiwań.
Umawiam się z Piotrem Pleskotem, że to on pójdzie robić zdjęcia pod samą scenę - ma świetny aparat, no i jest "trochę" większy ode mnie - z czysto praktycznego punktu widzenia po prostu łatwiej się tam dopcha. Prasa ma zezwolenie na fotografowanie tylko podczas dwóch pierwszych piosenek, więc chcemy ten czas jak najlepiej wykorzystać. Ja z kolei ustawiam się na wcześniej zajętym miejscu na pagórku i będę próbowała zatrzymać w kadrze jak najwięcej z dalszej odległości.
O 20:30 rozpoczyna się "obsuwa kontrolowana" - wiadomo z góry, że mimo tej godziny podanej na plakatach, koncert się opóźni. Myślę, że oprócz zamierzonego "podgrzania" atmosfery, to opóźnienie ma jeszcze jeden powód: w Norwegii o tej porze jeszcze jest jasno! I to całkiem, ze słońcem, które dopiero zmierza pomału w stronę horyzontu.
"Alan, Alan!!!" - coraz głośniej krzyczy kilka tysięcy gardeł, ja też niecierpliwie staję na palcach by dostrzec cokolwiek na pustej scenie. Nagle, chwilę przed 21:00 równocześnie na scenie pojawia się zespół, telebim odpala wsteczny stoper ustawiony na dwie minuty, a krzyk oczekiwania przechodzi w gremialna owację. Na 30 sekund przed końcem odliczania, zegar na telebimie zastępują błyskawicznie zmieniające się klatki z teledysków Alana, a w dole ekranu cyferki cofają się podnosząc napięcie do zenitu - 26, 25...11...7...2...  - odlicza chóralnie zebrany tłum i okrzyk radości tysięcy fanów niesie się nad Telemarkiem, gdy dokładnie po wybiciu "0", Alan pojawia się na scenie, a zespół rozpoczyna intro do "Gone Country". Jeszcze to do mnie nie dociera - wiem, że mam dwie piosenki na zatrzymanie tych ważnych momentów, więc nie odrywam prawie oka od wizjera aparatu. Kolejny utwór to "I Don't Even Know Your Name", po przywitaniu z publicznością. No i TO JEST TO! Autentyczne, niewymuszone ciepło, radość z bycia tutaj i charyzma bijące od tej jasno ubranej postaci na scenie. I ten głos, i ta muzyka i ten chwilami chłopięcy uśmiech i jeszcze ta siła osobowości - przecież to "tylko" jeden facet z gitarą w podartych jeansach, skromnie witający europejską publiczność i kilku muzyków w zespole. Tylko tyle i AŻ tyle. Bo to "tylko" światowej klasy country music...
"Red In A Rose" to trzeci utwór z kolei. Odkładam aparat, patrzę z góry na tłumy oblepiające Stevneplassen, na zbliżenie twarzy Alana na telebimie, na grę świateł na scenie... Dociera do mnie wreszcie gdzie jestem i czuję jak wraca mi to niezwykłe uczucie, które nawet ciężko nazwać - jeżeli znacie tę przepełniającą całe ciało i duszę radość ze spełnienia ważnego marzenia, jeśli wiecie jak smakuje ten wyczekany ulotny moment  - to zrozumiecie co mam na myśli. "Kurde! Jestem na koncercie Alana Jacksona!!!" - mówię na głos po polsku, co mimo obcego języka zdaje się być zrozumiane i przyjęte radosnym uśmiechem przez stojących obok norweskich fanów.
Manewr z podziałem fotograficznych obowiązków między mnie i Piotra okazuje się strzałem w dziesiątkę - o ile ochrona daje sygnał do zakończenia robienia zdjęć fotoreporterom pod sceną, o tyle nikt nie zwraca uwagi na mój obiektyw kilkadziesiąt metrów dalej. Pstrykam więc nadal, do wyczerpania miejsca na karcie pamięci - wprawdzie nie będą to foty tej jakości co u Piotra, ale będzie ich dużo i zawsze będziemy mogli do tych chwil powrócić.
Gdy Alan śpiewa swój "autodefiniujący" "Small Town Southern Man", kończy go słowami "small town, Norway man", na co oczywiście zrywa się norweska owacja i patrząc na ludzi wokół mam wrażenie, że całe ciepło i wartości o jakich mówi ta piosenka w jakiś magiczny sposób stają się niezwykle bliskie nam wszystkim, tym tysiącom fanów skupionych wokół tej jasnej postaci na scenie, właśnie tutaj, w tym małym norweskim miasteczku. Zatapiam się w muzykę, w ten głos i to perfekcyjne brzmienie - tak idealne, że prawie nie do uwierzenia, że to live, a nie studyjne nagranie. Dopiero widząc i słysząc ten koncert na żywo, można zrozumieć co to znaczy "nashvillska maestria", jak piekielnie wysoko jest postawiona poprzeczka umiejętności w tej klasie muzyków. Ponad dwadzieścia instrumentów na scenie, w tym osiemnaście strunowych. Ośmioosobowy zespół plus Alan ze swoim charakterystycznym Taylorem inkrustowanym motywami ryb z masy perłowej. Każdy z tych instrumentów był podczas koncertu wykorzystany, każdy z nich było słychać tak jak w nagraniu, każda solówka wygrana co do nuty i właśnie w tym miejscu gdzie ma być. No i ta wewnętrzna dyscyplina zespołowa, coś co podziwiam szczególnie w amerykańskich zespołach, tu widoczna jeszcze bardziej: każdy z nich jest mistrzem w swojej klasie, każdy z nich potrafi ze swojego instrumentu wydobyć wszystko co zechce, każdy z nich o tym wie, a równocześnie każdy zna swoje miejsce na scenie - nawet Alan, który cofa się kilka kroków w trakcie tych diabelsko trudnych, a zarazem pięknie wykonanych solówek swoich muzyków. Nie ma wchodzenia sobie w paradę podczas solo, nie ma prześcigania się "kto głośniej" albo "kto szybciej" - jest tylko harmonia, proporcje, przemyślana i precyzyjnie zagrana aranżacja i jedyny w swoim rodzaju pokaz wirtuozerii, podany z lekkością, bez odrobiny nadęcia, przez kilku facetów, którzy po prostu... robią swoje. I to jest najbardziej niezwykłe, ale chyba to właśnie jest wyznacznikiem tej najwyższej artystycznej klasy.
Mniej więcej w połowie koncertu wzruszający moment. Alan dziękuje za skandynawską platynową płytę, którą przed koncertem wręczono mu na backstage-u (swoją drogą zupełnie nie rozumiem, dlaczego nie na scenie, ale widać "co kraj, to obyczaj"), za gościnność i za tak wielki tłum fanów na koncercie, którego w tym zakątku świata się nie spodziewał. Mówi o tym, jak ważne dla niego jest to żeby pamiętać drogę, którą prosty chłopak z Georgii przeszedł, aby teraz stać przed tłumem norweskich fanów i jeździć po świecie i aby mimo tego pozostać sobą - zwyczajnym facetem z małego miasteczka na południu... Śpiewa "Remember When", a tysiące płomyków zapalniczek idą w górę. Robię to samo, poddaję się magii tej chwili, jestem częścią europejskiej countrowej wspólnoty, ale mimo to przez sekundę czuję smutny, polski, zagubiony gdzieś w Europie, ścisk w gardle - nie tylko Norwegia do cholery cię kocha! I nie tylko w Skandynawii masz swoich fanów! Ale cóż... Smutna prawda jest jednak taka, że w kraju nad Wisłą platynowej płyty byśmy mu nie wręczyli...
Po tych chwilach refleksji koncert dynamicznie rusza dalej. Podglądam zbliżenia z kamery na telebimie, ale oprócz wesołej atmosfery na scenie, nie zauważam śladów zmęczenia na twarzach zespołu, co najwyżej skupienie, gdy trzeba zagrać precyzyjny fragment. Jak na przykład to rozbudowane mistrzowskie intro do "Don't Rock The Jukebox" zagrane slidem na gitarze przez Robbie Flinta, grającego bazowo na pedal steel guitar.
Z ciekawością obserwuję tłum w trakcie "Good Time" i ku mojemu zaskoczeniu nie widzę kilkutysięcznego line dance, mimo iż widziałam wcześniej grupy fanów z emblematami countrowych klubów. Czyżby im było za ciasno tam na dole? Przecież nie wierzę, że nie umieją tańczyć najbardziej aktualnie topowego line dance na świecie!
"...I'm A Country Boy..." - wywrzaskuję razem z tłumem, wspólnie podskakujemy jak piłki przy "Chattachoochie" i wspólnie wsłuchujemy się w zmieniony nieco w stosunku do oryginału rytm "Woman's Love" - tak, jestem tutaj, jestem częścią tego wspólnego przeżywania ukochanej muzyki i to uczucie jest fantastyczne.
Podczas "Drive" i "Its Five O'clock Somewhere" na telebimie oglądamy fragmenty teledysków do tych utworów, natomiast przedostatni "Where I Come From" jest ilustrowany mixem fotograficznych ujęć Skien, Oslo i kilku najbardziej znanych norweskich atrakcji turystycznych - taki sympatyczny gest w stronę gospodarzy, przyjęty rzecz jasna gromkimi owacjami przez publiczność.
Alan zbiega ze sceny, ale nikt nie ma wątpliwości, że na nią wróci. Nawet zespół nie wypina instrumentów. Po chwili nieustających oklasków, Alan wraca i na bis słyszymy "Mercury Blues" z rozbudowaną aranżacją instrumentalną.
Teraz już kończą na serio. Alan zdejmuje gitarę, macha nią na pożegnanie, zespół jeszcze chwilę gra. Ruszamy pędem w stronę backstage'u jeszcze zanim skończą grać, w nadziei, że może "upolujemy" chociaż autograf. Gdy dobiegamy do tylnego wejścia, przy którym już stoi grupka fanów, brama właśnie otwiera się i.... wielki, czarny, autokar wywozi machającego nam przez szybę Alana Jacksona ze Stevneplassen, a cała sytuacja zamiast nas wkurzyć - rozbawia do łez. Robimy więc to co wszyscy - machamy również i wywrzaskujemy "thanks!" za mijającym nas pomału tour-busem.
Teraz najważniejsze to się stąd szybko wydostać, zanim całe Skien stanie w korku - na podsumowanie wrażeń jeszcze będzie czas. Żegnamy na parkingu ekipę elbląską, która ma przed sobą drogę do Oslo i ruszamy do naszego miejsca postoju na tę noc, czyli Sandefjord, skąd rano będziemy mieli tylko kilka minut drogi na lotnisko.
W drodze mówimy niewiele, każdy z nas po swojemu przeżywa tę muzyczną ucztę w myślach. Dopiero gdy spokojnie rozsiadamy się przy herbacie na kanapach w hotelu "Kong Carl" przychodzi czas na pierwsze podsumowania. Półtorej godziny koncertu, dwadzieścia utworów (dla skrupulatnych kolekcjonerów załączam listę - mniej-więcej w kolejności wykonania), porcja muzycznej perfekcji i niezapomniane spotkanie z ciepłym, pogodnym i całkowicie "zwyczajnym" facetem z małego miasteczka na południu Stanów. Alan na żywo, to ten sam Alan co na płytach, plakatach i teledyskach. Usłyszeliśmy właściwie tylko wielkie przeboje Alana, ale jak się tak zastanowić, to jeśli artysta ma tyle "numerów jeden" w swoim repertuarze co Alan Jackson, to nawet z nich samych można złożyć ze dwa koncerty, a co dopiero mówić o reszcie.
O poranku Airbus 320 unosi nas nad pooranym fiordami norweskim wybrzeżem w drodze po kolejne muzyczne emocje. Jeszcze kilka godzin i przy kuflu "Utenosa" będziemy dzielić się wrażeniami z litewskimi i włoskimi przyjaciółmi... Cóż, nie wiedziałam w tym momencie, że to wcale nie będzie takie proste... Póki co jednak lecimy spokojnie, Lonstar na kawałku kartki robi pierwszy szkic imponującego "stage gear" z koncertu Alana, a ja zamykam oczy i wciąż brzmiący w uszach "Drive" kołysze mnie do snu...



Text: Magda "Wilczyca"


WESTERN PIKNIK 2008

Sułomino
Folk, Blues & Country Festiwal 2008

17-20 lipca 2008 - Sułominio na Wyspie Wolin

Towarzystwo zjeżdżało się pojazdami (i nie tylko) wszelkiej marki i maści. Niezapomniane wrażenie pozostawił błękitny trabant kombi z otwartą klapą z którego wydobywała się muzyka Ryśka Riedla i Dżemu.
Na tym malowniczym terenie, gdzie przed rozległym wzniesieniem usytuowana była scena, w lewo odbiegała uliczka ze straganami, można tam było kupić wszystko czego potrzebują kowboje. Nieco dalej była zatoczka, w której cumowały łodzie. Ludzi było dużo,
atmosfera sielska.
Kapelusze widać było wszędzie, niemal non-stop słychać było muzykę country i widać było tańczących kowbojów i countrygirls. Spotkaliśmy naszego zaprzyjaźnionego globtrotera Michała, który był już chyba wszędzie na świecie.
Z Berlina po raz jedenasty przyjechała rodzina, która przebiera się w stroje z czasów gdy zdobywano Dziki Zachód. Jak sami mówią,  jest to drogie hobby, ale sprawia im ogromną przyjemność.   
Z niemieckiej wyspy Rügen przyjechały panie z grupy tanca liniowego Ruegener-Line-Dancers .
Gwiazdą wieczoru była Danni Leigh, która okazała się przeuroczą kobietą, powiedziała, że jest drugi raz w Polsce, kilka lat temu wystąpiła w Mrągowie, wydała nową płytę, czwartą w jej muzycznym dorobku.
Od innych dowiedziałem się, że Danni jest wysoko notowana na liście amerykańskich wokalistek muzyki coutry, i że szczeście miał organizator Darek Stępień, że doszło do skutku jego zaproszenie Danni Leigh na XI Western Piknik.
Nie wiem  jak to zrobiła Danni, że deszcz, który zaczął padać po pierwszej części jej koncertu, ustał przed drugim występem, a lunął pod koniec pokazów  tańców w stylu country grupy „Dancing Riders” z Warszawy         www.dancingriders.pl


Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego