Przejdź do treści

Menu główne:

Wodnik & S-ka

Partnerzy

Z pamiętnika
rockowego
piernika

KRZYSZTOF WODNICZAK

Dziennikarz . Pomysłodawca i organizator cyklicznych imprez i festiwali,  współorganizator „Wielkopolskich Rytmów Młodych” w Jarocinie, znanego później jako „Jarociński festiwal rockowy”, a także Reggae nad Wartą i Country nad Wartą, „Dobry wieczór Mr Blues”, „Poznańskie Muzykalia” czy „Muzyka w poznańskiej Farze”.
…Promotor solistów i zespołów m.in. Hanna Banaszak, Anny Jantar, Ireneusza Dudka, Jerzego Kosseli, Tadeusza Nalepy, czy wreszcie Czesława Niemena, którego był managerem w ostatnim dziesięcioleciu. Producent fonograficzny.
Jest redaktorem naczelnym magazynu muzycznego „Brzmienia”, jednym z pomysłodawców Polskiego Towarzystwa Artystów, Autorów, Animatorów Kultury PTAAAK, wiceprezesem Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy i koordynatorem Wielkopolskiego Porozumienia Dziennikarzy.
… I jak mówią o nim: „człowiek - orkiestra”.


2016-11-08// Budowaliśmy … i …

Kiedy po długich namowach i przezwyciężeniu trudności zwanych – w brzmiącej nostalgicznie nowomowie epoki minionej – obiektywnymi, Małgorzata Bratek potwierdziła swój występ, zorganizowany 27 października 2016 roku  przez Andrzeja Wilowskiego i Krzysztofa Wodniczaka w Klubie Artystycznym AB OVO przy ulicy Jackowskiego w Poznaniu, miłośnik pieśni i piosenki słabo zorientowany w osobowości artystki mógł się spodziewać jakiegoś rocznicowo sentymentalnego remanentu. Tym bardziej, że pierwszy od wielu lat koncert eks-poznanianki Małgorzaty Bratek w jej rodzinnym mieście sąsiadował w czasie z obchodami czterdziestolecia powstania KOR-u i odsłonięcia murala-konterfektu Stanisława Barańczaka na budynku Collegium Novum UAM. W tych uroczystościach pieśniarka udziału nie brała, choć z upamiętnionymi na nich wydarzeniami i osobami łączy ją bardzo wiele, jako sygnatariuszkę Studenckiego Komitetu Solidarnościowego (w istocie młodzieżówki KOR-u) i pierwszą oraz najwybitniejszą wykonawczynię wierszy Stanisława Barańczaka, ówcześnie obłożonych ścisłym zakazem cenzury, do których skomponowała melodie stanowiące muzyczny ekwiwalent tej przejmującej liryki. A właśnie przede wszystkim tamte utwory miały stanowić – i stanowiły – wokalną część wieczoru.
Przed przyjazdem z popegeerowskiej wsi – dokąd przed kilku laty wraz z jej rodziną zesłały Małgorzatę Bratek cywilizacyjne wykwity kapitalizmu ściągniętego z podręczników dla marksistów (z czynszem nieregulowanym na czele) – artystka na FaceBooku uprzedziła potencjalnych słuchaczy, że śpiewa tak, jak teraz nikt już tego nie robi, w związku z czym przed koncertem trzeba się dobrze wyspać.  Co do pierwszego zgoda, co do drugiego – nie było niezbędne. Piękny i silny, nie stroniący – gdy uzasadniona – od ornamentyki głos Małgorzaty Bratek, który jeśli przez czterdziestolecie śpiewania zmienił się, to tylko nabierając mocy, mógł jedynie dodawać energii, w żadnym razie usypiać, choćby i lirycznie.  Gitara do tego, na której pieśniarka gra klasycznie, traktując nie tylko jako tło dla wokalu, ale chwilami jako uczestniczkę duetu, orkiestruje całość i czyni z wykonań mini spektakle dźwiękowe o wspaniałej dynamice i dramaturgii.  
Ale dramaturgia stała się tego wieczoru udziałem także większej całości – koncertu. Bo żadną miarą nie był on sentymentalnym remanentem, choć Małgorzata Bratek wykonywała wyłącznie utwory sprzed lat trzydziestu. Dzięki słowu wiążącemu –  a kto chce się przekonać o talencie literackim tej byłej dziennikarki, niech choćby poczyta jej wpisy na FaceBooku, będące nierzadko tekstami publicystycznymi lub beletrystycznymi  – artystka za pomocą kilkunastu piosenek opowiedziała nam historię własną oraz Polski gierkowskiej, jaruzelskiej i stransformowanej po 1989. Zupełnie zgadzam się z Andrzejem Wilowskim, który nazajutrz po tamtym szczególnym wieczorze powiedział, że dzięki przekroczeniu, a właściwie porzuceniu przez wykonawczynię formuły recitalu, powstał materiał na monodram. Jak najbardziej. Od siebie dodam, że byłby to monodram o kobiecie, która nie tylko bardzo świadomie, ale często w awangardzie i bolesnym kontakcie uczestniczyła i uczestniczy w najważniejszych dla najnowszych dziejów Polski wydarzeniach i procesach. O przedstawicielce pokolenia biograficznie rozpłatanego, dzielącego życie między dwa systemy społeczno-polityczne, które pomimo intensywnych zabiegów reklamujących różnice między nimi, coraz wyraźniej zaczynają ujawniać podobieństwa – ze szczególnym uwzględnieniem pogardy dla, przepraszam za wielkie słowo, człowieka. Postawionego sam na sam z wielką strukturą usiłującą go zużyć dla obcych mu celów i abstrakcyjnych założeń.
Tutaj przypominam sobie, że krytyka w czasach największej popularności Małgorzaty Bratek okrzyknęła ją polską Joan Baez. Bardzo nie lubię tego rodzaju papuzich komplementów sugerujących, że najwyższym osiągnięciem dla rodzimych talentów jest zdolność imitowania i w ogóle –  ex occidentis lux. Ale jeśli potraktować ten niegdysiejszy dziennikarski wytrych nie wartościująco, ale opisowo, możemy za jego pomocą fenomen Małgorzaty Bratek objaśnić. Polega on identycznie jak w przypadku Joan Baez na poddaniu estetyki etyce, innymi słowy zaangażowaniu jej w sprawy zbiorowe. Doskonałe wykonanie, uroda przekazu nie służą samym sobie. Towarzyszą, kiedy tylko mogą, wydarzeniom uznanym za od nich ważniejsze. Stąd głosy i gitary obu pieśniarek dawały się słyszeć wszędzie tam, gdzie była nadzieja na zmiany. Że płonna – inna sprawa: Woodstock, akcje w obronie praw związkowych, manifestacje antywojenne, śpiewanie w mieszkaniu zwolnionego z internowania Wałęsy (Baez), uczestnictwo w Festiwalu Piosenki Prawdziwej (powstałej poza cenzurą) w 1981 r., nielegalne koncerty stanu wojennego, wsparcie swoją sztuką kampanii wyborczej na rzecz kandydatów „Solidarności” w 1989 r. (Bratek).  Jak też  potrzeba oraz umiejętność moralnopolitycznego komentowania świata, która koncert przechyla w stronę nie wiecu, ale imprezy zajmującej ludzi w całości, a nie tylko w okolicach nóg i gardeł. A przy tym arystokratyczna powściągliwość, pozwalająca mimo zaangażowania przejawiającego się przecież w słowie, śpiewać tylko cudze teksty, bez pokusy przekraczania narzuconych sobie granic kompetencji jedynie wykonawczych i kompozytorskich, ale już w żadnym razie poetyckich. Wzór dla wielu nowomodnych samosi na estradzie niedościgniony.  
Co prawda znakomita większość zaśpiewanych 27 października w „AB OVO” pieśni miała teksty Barańczaka, jednak koncert rozpoczął utwór Stanisława Klawe „Kiedym stanął”, którego wykonanie przyniosło Małgorzacie Bratek nagrodę wspomnianego już Festiwalu Piosenki Prawdziwej, gdzie artystka zajęła miejsce na podium obok Jacka Kaczmarskiego. Piosenka posiada anegdotę, więc można ją opowiedzieć, czego zazwyczaj nie robi się z utworami poetyckimi:  Przybyła z - domyślamy się  – peerelowskiego padołu duszyczka wspomina swoją rozmowę kwalifikacyjną z Bogiem. Na Jego pytanie o swe ziemskie zajęcia odpowiada, że budowała socjalizm. Bóg jest zafascynowany, wypytuje o szczegóły chcąc się dowiedzieć jak najwięcej o życiu w powstałym w ten sposób świecie, który wyobraża sobie jako wzorcowy nawet dla własnych niebiańskich porządków. W odpowiedzi słyszy to, co stanowi pointę piosenki: „Budowaliśmy socjalizm i / na nic więcej nie było już czasu”.   
Kiedy po półtoragodzinnym koncercie w wielkim pośpiechu Małgorzata Bratek kończyła kuluarowe rozmowy z publicznością – osobami znanymi jej od lat, ale też od lat nie widzianymi  – i szybko zniknęła w samochodzie mającym ją zawieźć na pociąg, zmierzający do odległej popegeerowskiej wsi, gdzie czekał jej obłożnie chory mąż, w uszach miałem właśnie zakończenie tej, a nie innej piosenki. Oczywiście w mojej „usznej”  wersji miejsce słowa „socjalizm” zastąpiło inne słowo. Zgadnijcie jakie.

                                                      Eugeniusz Biały


2016-03-20// Wieczór wspomnień - Krystyna Feldman.

Na kolejne spotkanie zorganizowane w ramach KLUBU DZIENNIKARZA w Jeżyckim Centrum Kultury ul. Jackowskiego 5-7, też warto było przyjść. W ten czwartek godnie uczciliśmy setne urodziny wybitnej aktorki poznańskiej Krystyny Feldman.

Wieczór wspomnień prowadził Tadeusz Żukowski (PEN Club, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich), a bogatą oprawę muzyczną zapewnił swoim śpiewem i grą - Andrzej Kosowski, wpisując się w klimaty połowy ubiegłego wieku przebojami z lat trzydziestych i nieco późniejszych - czasów młodości Pani Krystyny. Nie zabrakło melodii "Tylko we Lwowie", bo tam właśnie równo sto lat temu przyszła na świat babka Rozalia z "Kiepskich", arcymistrzyni ról drugoplanowych.
Jak to się stało, że wielka, choć mała sylwetką, Artystka zmieniła swoją datę urodzenia na rok 1920 (jak podają źródła oficjalne) - opowiedział Tadeusz Żukowski, który w roku 2001 opracował jej wyznania biograficzne w książce "Krystyna Feldman albo festiwal 1000 i jednego epizodu". Fragmenty pamiętników czytała Zofia Rejewska. Żałujmy, że media spopularyzowały twarz aktorki jedynie z ostatnich dziesięcioleci jej pracy. Z książki Żukowskiego spogląda na nas znajoma-nieznajoma śliczna młoda dziewczyna.
Uczestnicy wieczoru wspominali chwile zapamiętane ze spotkań z Krystyną Feldman. Każdy z nich otrzymał ruskiego pieroga; to ulubiona potrawa bohaterki dnia. Częstował inicjator i duch sprawczy imprezy, oczywiście Krzysztof Wodniczak (media różne). Zabrała też głos sama Solenizantka - w parominutowym fragmencie wywiadu z 1988 roku dla Rozgłośni Polskiego Radia w Poznaniu, który wydobyła z archiwum Małgorzata Janczak (radio Emaus) oraz przedruk w Przeglądzie Wielkopolski.
Witold Zakrzewski (Stowarzyszenie EKOART) mówił o swoim niedawnym pobycie we Lwowie, gdzie "ławeczkowy" pomnik Nikifora zaprasza przechodniów twarzą Krystyny Feldman. Aleksandra Wyganowska (Radio Emaus) była świadkiem licytacji zdjęcia Aktorki z jej autografem. Licytacja doszła do tak niebywale wysokiej kwoty, że pani Aleksandra z wrażenia zapomniała już ile to było. Wysłuchaliśmy też: poety Zbigniewa Rotha ( Towarzystwo PTAAAK), Danuty Bartosz (Związek Literatów Polskich), Kaliny Izabeli Zioły (Stowarzyszenie Dziennikarzy RP), Zygmunta Tomkowiaka (Powiaty Gminy), Katarzyny Janosik.
Najwięcej opowieści z barwnego życia pani Krystyny, nie tylko teatralnego, miał nam do przekazania, rzecz jasna, zaprzyjaźniony z nią Tadeusz Żukowski, jej biograf, a - jak się okazuje - w pewnym sensie syn. Kiedy przed laty miał powody do narzekania, Aktorka przypomniała mu scenę z Biblii, kiedy Chrystus poucza apostołów sprzeczających się o przyszłe stanowiska w niebie. Pokazując żuczka spod kamienia mówi: Ojciec mój troszczy się nawet o takiego chrząszczyka; zapewne i o was nie zapomni. Na pamiątkę tego żuczka Pani Krystyna, usynowiając Żukowskiego, nadała mu piękne imię: Bożychrząszcz. Nawiązał do tego, Zenon Bosacki (Wielkopolskie Porozumienie Dziennikarzy) i poprosił Syna o autograf w dopiero co kupionej - po okazyjnej cenie - przy sąsiednim stoliku książce Krystyny Feldman "Światła które nie gasną". Powieść artystki wydało na jej stulecie Wydawnictwo Miejskie Posnania.

                                                                                       Krzysztof Wodniczak
Zdjęcia Hieronim Dymalski


2016-02-23// Eleanor Rigby i Yellow Sumbarine

 W ubiegłym roku 19 grudnia ukochana przez świat ciotka Eleonora obchodziła swoje święto.
W dniu jej imienin przekonaliśmy ją z uśmiechem na twarzach, że o NIEJ
pamiętamy.
W tym roku imieniny Eleonory uczciliśy 21 lutego.

      Przybyliśmy tego wieczoru naszą żółtą łódką o godz.18.00 na skraj skweru przy pomniku Starego Marycha (vis a vis Kupca Poznańskiego). Przynieśliśmy z sobą gitary akustyczne, inne instrumenty (flety, kobzy), okładki płyt winylowych z obszernej dyskografii The Beatles, podzieliliśymy się śpiewem i radością. Pomimo obfitego deszczu kilkanaście osób zagrało i zaśpiewało radosny song Yellow Submarine. Jako jeden z organizatorów tego spontanicznego spotkania odczytałem dwa teksty Eleanor Rigby i Yellow Sumbarine w tłumaczeniach  Stanisława Barańczaka.Ten pierwszy utwór do ogólnego śpiewania jest za trudny, drugi szczególnie w Poznaniu dzięki Grupie Stress i quasi hymnie dla piłkarskiego Lecha jest do intonowania łatwiejszy.Oba te nagrania mają z sobą związek. Ukazały się na singlu w sierpniu 1966 roku.
      Będąc przy pomniku Starego Marycha (obiecał, że przyjdzie pomysłodawca Marycha Juliusz Kubel
, jednak zniechęciły go opady, podobnie jak naszego nadwornego fotoreportera Hieronika Dymalskiego),
ale i tak wywołaliśmy w naszym i Eleonory życiu pozytywne impulsy połączone z eksplozją szczęścia,
jaką z dożywotnią prolongatą zagości w jej sercu, na twarzy i otoczeniu.
     Znowu pokazaliśmy - jak w ubiegłym roku, gdzie liderował naszej grupie śp.Tadeusz Mandat Lis
- że klub samotnych serc pewnego sierżanta jest tylko wytworem wyobraźni, który w rzeczywistości nie ma racji bytu. Zatopiliśmy samotność niczym Marzannę, śpiewając jej prosto w twarz, że wszystkim czego ludzie potrzebują jest MIŁOŚĆ.
ELEONORA NIGDY NIE BĘDZIE SAMA!                                                                                          

Krzysztof Wodniczak

2016-02-11// POZNAŃSKA ORKIESTRA
ZE SŁONECZNIKIEM W TLE

Z lektury najnowszego Informatora Kulturalnego IKS dowiadujemy się od Stefana Drajewskiego jakim ważnym ośrodkiem chóralnym był i jest Poznań.Nie doczekaliśmy się jeszcze opisu historyczno - współczesnego ( w naszych czasach) dotyczącego mocno rozwijającego się ruchu orkiestrowego zarówno symfonicznego, jazzowego czy marszowego.Znane powszechnie orkiestry mające swój poznański rodowód  Amadeusz Agnieszki Duczmal, Symfonietta Polonia kierowana przez chińczyka Cheung Chuia z  amerykańskim paszportem, Orkiestry pod batutą Janusza Purzyckiego, Marcina Sompolińskiego, Adama Banaszaka, Aleksandra Maliszewskiego, Zbigniewa Górnego, Adama Bardabusza, Piotra Piłatowicza, Zbigniewa Pawlaka, Sun Flower Orchestra.Nie wspominam o orkiestrach stałych działających przy Filharmonii Poznańskiej, Teatrze Muzycznym, Akademii Muzycznej, szkołach muzycznych. Powstają zresztą nowe.Jest inicjatywa , aby przy Teatrze Nowym zorganizować Orkiestrę Antraktowa, a wirtuoz skrzypiec Miklosz Deki Czureja także zamierza stworzyć swoją własną orkiestrę romską, która będzie działała w Poznaniu.

 Przy tak dużej ilości orkiestr należy zadać pytanie czy jest zapotrzebowanie na takie  pączkowanie w sferze orkiestralnym.
Dlatego dzisiaj chce zarekomendować Sun Flower Orchestra, która formacją złożoną z muzyków różnych środowisk muzycznych Poznania. Głównymi filarami tej grupy są: P. Wiza, M.Derewecki i D. Rennert. Piotr Wiza - poznański muzyk, kompozytor, aranżer, pianista i pedagog. Autor muzyki do słuchowisk radiowych (m. in. „Jan Paweł II w poezji polskiej” dla III Programu Polskiego Radia), programów telewizyjnych (np. cykl programów „Poznań na antenie dwójki”, „Kanał 5” Stefana Mroczkowskiego dla TVP czy recital Justyny Szafran „Znikanie” w reżyserii Laco Adamika dla Programu 2 TVP
i „Zostań gwiazdą kabaretu” Krzysztofa Deszczyńskiego dla TVP 3), wieloletni wykładowca wydziału aktorskiego Akademii Sztuk Wizualnych w Poznaniu (piosenka) i Policealnego Zawodowego Studium Piosenkarskiego przy Zespole Szkół Muzycznych w Poznaniu.
Założyciel zespołu Sun Flower Orchestra, wcześniej współautor sukcesów Justyny Szafran (Grand Prix na festiwalu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, w 1996 roku). Był również współpomysłodawcą i producentem wykonawczym pierwszej i drugiej edycji Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Filmowej „TPSA Music & Film” przy Viva Art. Music (dzięki jego staraniom odbyły się koncerty w Polsce takich sław jak Electric Light Orchestra Part Two, Vladimir Cosma, Jacques Luck Ponty, Ennio Moriccone).Jego muzyczne fascynacje krążą wokół sfery aranżacyjnej charakterystycznej dla Electric Light Orchestry czy też muzyki filmowej. Łączenie elementów muzyki symfonicznej z muzyką pop zaowocowało współpracą z orkiestrą kameralną Akademii Muzycznej pod kierownictwem jego przyjaciela, profesora Mariusza Dereweckiego. W jej wyniku powstało kilka produkcji artystycznych określanych często przez fachową prasę muzyczną za nowatorską i niespotykaną na rynku polskim.
Mariusz Derewecki (szef Miedzy-wydziałowego Studium Kameralistyki Akademii Muzycznej w Poznaniu) prowadzący orkiestrę kameralną złożoną ze studentów i wykładowców Akademii Muzycznej w Poznaniu.Do składu należy grupa muzyków instrumentalistów o dużym doświadczeniu estradowym, orkiestra kameralna Mariusza Dereweckiego, grupa wokalna - m.in. słuchacze i absolwenci Policealnego Zawodowego Studium Piosenkarskiego w Poznaniu.
Dariusz Rennert -
wokalista, gitarzysta, kompozytor, autor tekstów. Brał udział w opolskich Debiutach w 1990 roku. Później udzielał się w różnych formacjach muzycznych i tematycznych imprezach. Często był zapraszany jako muzyk sesyjny do okazjonalnych nagrań.Okazał się utalentowanym i wszechstronnym muzykiem i wokalistą. W Sun Flower Orchestra spełnia role wokalisty wiodącego, a jego wykonanie utworu "Nie lękaj się" może wejść do kanonu polskiej muzyki christian song lub contemporary christian music.
Pod nazwą Sun Flower Orchestra zespół zadebiutował w 2003 roku w utworach Electric Light Orchestra. Łączenie elementów muzyki symfonicznej z muzyką rozrywkową, przebogate aranże, znakomite partie instrumentalne i wokalne stały się już jego rozpoznawalną wizytówką.
 Teraz na przełomie roku 2015/20116 ukazał się CD Sun Flower Orchestra pod tytułem "In Love Symphonic", który szczególnie w utworach instrumentalnych skomponowanych przez Piotra Wiza pojawia się jako muzyka przestrzenna,
nie tylko ilustracyjna, ale namalowana swoistymi akwarelami dźwiękowymi, które w swoim kolorycie brzmieniowym odkrywają istotę współzależności w dur i moll.

Krzysztof Wodniczak

By było jak dawniej, czyli przez ostatnie 8 lat

(10.01.2016)

"Nie trać czasu z objaśnieniem, ludzie tylko usłyszą, co chcą usłyszeć"
- Paulo Coelho.
Rzadko cytuję innych, ale tym razem ten cytat jak najbardziej jest właściwy, by spojrzeć z innej perspektywy. A wszystko dotyczy manifestacji jakie organizuje nie tylko KOD w sprawie mediów czy jak chcą organizatorzy zawładnięciu ich przez polityków. Ja nie dostrzegam in minus zmian, mam jednak zastrzeżenia i pretensje, żeby ktoś zewnątrz nam się przyglądał i dawał rady. Mamy swoją wartość i krzyk niby oburzonych nic nie zmieni. Media stały się pewnymi narzędziami przebudowy społecznej. Dla Polski demokratycznej czy obywatelskiej te wymuszane manifestacje nie są oddolnymi działaniami. KOD głosi, że jest apolityczny. Przed ostatnim zgromadzeniem, rzekomo o ustawę medialną Platforma Obywatelska wysłała do swoich instrukcję następującej treści "Nie godzimy się na kneblowanie ust dziennikarzom i zmuszanie ich do głoszenia jedynie słusznych idei. Jednym z symbolicznych elementów naszej pikiety będzie pokazanie naszych zakneblowanych twarzy z zaklejonymi ustami. Zbieramy się pod hasłem WOLNE MEDIA. Prosimy każdego kto może - o wydrukowanie lub napisanie na kartce A4 napisu WOLNE MEDIA lub WOLNOŚĆ SŁOWA i zabranie jej ze sobą na manifestacje w sobotę. Zabierzmy również ze sobą flagi Polski i UE.Mamy nadzieję na obecność dziennikarzy, którzy jeszcze mogą mówić. Zapraszamy!" Czy to również dotyczy tych 80 dziennikarzy, którzy w sprawie afery taśmowej byli przez PO inwigilowani? A Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji przygotowała budżet na rok 2016 o 10 mln zł większy niż dotychczas na zwiększenie zatrudnienia dla 70 etatów. Jakże prześmiewczy w tej sytuacji był w Poznaniu transparent "Wasze media - to komedia".
Media publiczne PTV Poznań i Radio Merkury pokazały kilkuminutowe relacje z poznańskiego placu Wolności.
Również wieloletni prezes radia publicznego Piotr Frydryszek zabrał głos historyczny mówiąc, że właśnie na Placu Wolności rozpoczęła nadawanie Rozgłośnia Poznańska, ale też wtrącił coś o upartyjnieniu. Chciałbym mu przypomnieć w jaki sposób odbyła się nominacja z jego rekomendacji prezesa Mariusza Przemyśnika. Nie miał referencji ani uniwersyteckich czy akademickich, nie było przestrzeganych założeń procedur konkursowych,
a wygrał...
  W sprawie mediów i ich upolitycznia wypowiedziała się także przeszło 5 tysięczna grupa kibiców pątników, jaka przyjechała na Jasną Górę z całej Polski. Apelują oni o gruntowne zilustrowanie środowisk opiniotwórczych.
Z punktu widzenia Polski manifestacje o media odbyły się także w Berlinie (uczestniczyło 150 osób, przeciw było 80-ciu),w Londynie 80 osób i w Pradze 27 osób, więcej niż w Zakopanem gdzie naliczyłem 16 manifestantów.
  Zacząłem cytatem i nim zakończę "Nikomu nie odbiera się wolności słowa, wręcz odwrotnie - przywraca się wolność słowa większości narodu, która była tego pozbawiona" powiedział na antenie radiowej minister Antoni Macierewicz.
Nie przypuszczałem, żeby podpisać się pod tym co mówi pan minister, mający wieloletnie doświadczenia redaktorskie (był redaktorem i wydawcą gazety Głos). Ale co mam zrobić skoro ma racje!

                                                                        
Krzysztof Wodniczak


2015-11-16// Muzyczne spotkanie w poznańskiej Farze

Poznańscy wokaliści i zespoły spotkali się w poznańskiej Farze, aby wykonać utwory, do których teksty napisał Jacek Grań czyli śp. Franciszek Walicki ,a wcześniej wykonywali m.in. Czesław Niemen Wydrzycki, Krzysztof Klenczon, Wojciech Korda, Piotr Szczepanik, zespoły Niebiesko - Czarni,  Breakout i SBB. Walicki vel Grań pisał teksty w latach 1964 - 1980, później napisał dwie pozycje książkowe Szukaj, Burz i Buduj oraz Epitafium na śmierć rock and  rolla. Podczas koncertu w Farze  dowiedzieliśmy się, że Jego ostatnia książka (nad którą pracował niemal do samego końca swoich dni) jeszcze nie ukazała się drukiem. To będzie/jest osobiste rozliczenie Franciszka Walickiego ze swoim życiem.
Jacek Grań napisał jako autor blisko sześćdziesiąt tekstów. W poznańskie Farze wykonano na koncercie następujące piosenki i utwory:Adagio cantabile (świetne wykonanie przez Andrzeja Kosowskiego),Nie pukaj do mych drzwi, Za daleko mieszkasz Miły,(wyk. młoda, acz uzdolniona o zbliżonej barwie głosu do Ady Rusowicz- Marianna Ćwiąkała z zespołem Forcom Band) Puste koperty (zaśpiewał poznański Bard Tadeusz Mandat Lis), Na drugim brzegu tęczy( z różnorodnością muzyczną zagrała grupa Ad Hoc w składzie Agnieszka Śmigielska - voc, Włodzimierz Janowski - voc, sax alt, Gracjan Wajchman- klawisze, Piotr Kulm - gitara, Andrzej Rzepka- g. bas, Bogusław Młodyszewski - perkusja),Gdybyś kochał, hej ( duet Urszula Lidwin - Andrzej Kosowski), Taka jak Ty, Smutny list, Niedziela będzie dla nas (wykonała rockowo grupa Bilokacja)  Dziwny weekend, Przemijanie, (to mają w swoim repertuarze muzycy Forcom Band), Powiedzcie jej (zaśpiewał z towarzyszeniem gitary Janusz Raptus Waściński) oraz Jarosław Królikowski zaśpiewał nie gorzej niż oryginał Niemen Coś, co kocham najwięcej, Wiem, że nie wrócisz, Czy mnie jeszcze pamiętasz.

Będący na koncercie poeta Zbigniew Roth napisał na tę okoliczność tematyczny wiersz.
Cytujemy

Rock w mojej Farze


krawędzi strun opuszki palców dotykają
na brzmienia zmienione ich drgania
wynoszą na poziom  fascynacji dzwięki
serdecznymi słowami oprawione.

niby iskierki promienie świec w świątyni
zapisują w marmurach nabrzmiałych rockiem
niepowtarzalny lot anielskich skrzydeł
w przepastne dusze wnikający tunelami uszu

wspomnienie minionej młodości po modlitwie
wyniesione nad tabernakulum Poznańskiej Fary
przeszywa ciała konwulsją odchodzących chwil
których wielkość przyjdzie oceniać potomnym.

Poznań,
2015.11.09 godz.21.01


Era Jazzu – kolorowy świat wspaniałej muzyki
(01-09-2015)
Z
Dionizy Piątkowskim (*) – twórcą Ery Jazzu
rozmawia - RockinBerlińczyk - Krzysztof Wodniczak.


Czym jest dzisiaj  Era Jazzu ?
Sam pomysł zrodził się gdzieś w połowie lat dziewięćdziesiątych. Wiedziałem, że ma to być impreza inna niż wszystkie dotychczasowe, podobne festiwale w Polsce. Przede wszystkim postawiłem na ekskluzywność i prestiż wydarzeń,  a co za tym idzie, na taki dobór artystów, by ich koncertami przerwać tuzinkowość innych prezentacji. Stąd też wielu artystów pojawia-ło się pod szyldem Ery Jazzu po raz pierwszy w Polsce .I zawsze – co jest już regułą imprezy-  na jedynych koncertach w kraju. Oczywiście, Era Jazzu nie może wyzbyć się możliwości pre-zentowania wielkich gwiazd jazzu, ale sam projekt daje mi ogromne możliwości pokazywanie także tych , których kariery rozgrywają się w Ameryce, Europie, daleko jednak poza naszymi estradami. Z jednej więc strony wielkie, komercyjne i jazzowo populistyczne nazwiska jak Diana Krall, Al Di Meola, Wayne Shorter, Herbie Hancock, Jan Garbarek, Cassandra Wilson, John McLaughlin, Joe Zawinul ; z drugiej strony artyści ,którzy – właśnie  poprzez koncerty Ery Jazzu – zaistnieli wspaniale w polskiej świadomość artystycznej. Lista ta jest niezwykle długa, ale jest także powodem mojej dumy. Przedstawiłem polskiej publiczności takie zna-mienite osobowości, jak Patricia Barber, Dianne Reeves, Dee Dee Bridgewater, Marizę, Omara Sosę, Angelique Kidjo, Abeby Lincoln, cały nurt chicagowskiej New Black Music, wyśmienitych innowatorów : Carlę Bley, Dino Saluzziego, Davida Murraya…

Nie staram się kreować artysty, ani jego ”celebryckiej” popularności – ale zapraszać takie osobowości, których koncert pod szyldem Ery Jazzu jest najdoskonalszą przepustka do kariery i uwielbienia na polskim rynku. Stąd może większą satysfakcję daje mi realizacja takiego koncertu, gdzie warstwa artystyczna musi bronić się sama, gdzie enigmatycznie brzmiące nazwisko niekoniecznie  jest gwarancja  komercyjnego sukcesu. Ale ogromna radość, gdy już po koncercie zachwycona publiczność  nagradza artystę „standing ovation „. To jest – tak mi się wydaje – siłą Ery Jazzu,  która swoją marką gwarantuje zawsze wielkie wydarzenie arty-styczne. Bez względu czy jest to popularna Diana Krall, Herbie Hancock   czy nieznana w Pol-sce Nnenna Freelon lub egzotyczny Nguyen Le..

Jaka jest formuła festiwalu, czym różni się od innych?
W Polsce jest blisko sto imprez jazzowych określanych jako festiwal, przegląd, konkurs. Era Jazzu jako jedyna wyszło poza ten schemat; pokazaliśmy przez te siedemnaście lat, że gramy szukając przede wszystkim artystycznego pretekstu i artysty, który zainteresuje swoja sztuką polska publiczność. Na polskim rynku Era Jazzu jest swoistym ewenementem. Nigdy dotąd na polskim rynku nie wykreowano tak rozpoznawalnej marki , w sensie jakości i prestiżu, która dzięki udziałowi najważniejszych i niekwestionowanych gwiazd muzyki stworzyła tak ważną imprezę. Naturalnie sukces naszych koncertów oraz towarzyszących im projektów byłby niemożliwy bez tysięcy entuzjastów , którzy tak gromadnie przybywają na koncerty Ery Jazzu. Poprzez liczny udział fanów, największych  gwiazd oraz  ekskluzywnych wydawnictw , nie zatracając niczego z elitarności tej muzyki, stworzyliśmy prestiżową i niepowtarzalną  impre-zę. Dzisiaj to ponad dwieście znamienitych koncertów, ponad półmilionowa publiczność oraz nasz „trade mark” – specyficzny wabik i gwarancja perfekcyjnej, artystycznie niekwestiono-wanej imprezy.
Od początku zakładałem, że Era Jazzu ma być wydarzeniem prestiżowym, opartym o bardzo prostą konstrukcję. Kreujemy wydarzenie w oparciu o gwiazdę światowego formatu, do któ-rego pozyskujemy sponsorów dając im równocześnie możliwość realizowania własnej strate-gii marketingowej.
Zdobyłem zaufanie prestiżowych sponsorów, zainteresowanie mediów oraz – co najważniej-sze - wierną publiczność.

Koneserzy i bywalcy to publiczność Ery Jazzu. Jak udało się rozbudzić ten dobry snobizm, przekonanie, że warto bywać na koncertach tego cyklu?
Wydaje mi się, że na polskim rynku brakowało takiej imprezy. Gdzie zaprasza się niekwestio-nowane gwiazdy, te wielkie i te u nas nie znane, że gwarantem tego artystycznego wyboru jest  facet, który się na tym zna. Nie wyobrażam sobie, abym mógł oszukać publiczność wmu-szając koncertem Ery Jazzu  artystę, który na taka prezentację nie zasługuje. Era Jazzu to jest także autorytet mojego nazwiska, moich jazzowych fascynacji i ambicji. Pracuję z dala ko-mercyjnego, jazzowego zgiełku celowo unikając populistycznych, estradowych działań.. Dziś, po wielu latach obcowania z jazzem, dostaję po kilkanaście ofert dziennie, mam więc z czego wybierać. Staram się unikać gwiazd komercyjnych, ale przecież publiczność głosuje także nogami. Era Jazzu to mój autorski projekt, stąd też moje muzyczne fascynacje są często naj-ważniejszym argumentem w doborze artystów. Na pierwszym miejscu jednak zawsze sta-wiam wysoki poziom muzyki. Stąd udział w koncercie Ery Jazzu jest swego rodzaju zaprosze-niem do lepszego świata, bo sam jazz jest taka kulturową alternatywą. Trudno mówić tutaj o snobizmie a raczej o nieprzemijającej modzie na jazz. Cieszę się ,ze nasza publiczność potra-fią w ogromnej ofercie koncertowej wybrać właśnie Erę Jazzu

Jak się wspólpracuje z największymi gwiazdami światowej sceny jazzowej.
Plotkuję z najmożniejszymi świata jazzu. Gdy ascetyczny Jan Garbarek zagryza polskiego kor-niszona do kropelki „siwuchy” , a Dianne Reeves biega po Hali Marymonckiej szukając piero-gów i kolczyków z bursztynu , by takie właśnie pamiątki przywieść z egzotycznej Polski . Kiedy z Marcusem Millerem szukam w warszawskim salonie kaletniczym odpowiedniego nakrycia głowy na koncert, który tuż, tuż a jego charakterystyczny kapelusz poleciał wraz z bagażami do Mediolanu. Herbie Hancock zostałby pewnie na lotnisku, gdyby nie pokora, z jaką sam podszedł do niewinnego incydentu. Ten wybitny pianista miał przy sobie niewielki pilniczek, który służył mu do regulacji oprawek okularów. Bawił się przy tym wyzywająco, co nie uszło uwadze wnikliwego WOP-isty. Artysta czy terrorysta ?   Najwybitniejszemu artyście jazzu zaserwowano dodatkową, uciążliwą kontrolę.By takiej uniknąć Diana Krall  ( ale także wiele innych gwiazd, z którymi miałem przyjemność pracować) życzy sobie zazwyczaj przejścia terminalem dla VIP-ów, co z jednej strony jest komfortowe, ale z drugie strony stwarza wielu dodatkowych kosztów i komplikacji. Więcej problemów przysparzają artyści z egzotycznym rodowodem, dla których wjazd do Polski jest ciągiem papierkowej ekwilibrystyki. Pakistański tablista Zakim Hussain, muzyk legendarnej Shakti, formacji Johna McLaughlina musiał pozo-stać na lotnisku w Zurychu, bo oficerowi terminalu wraz z nazwiskiem egzotycznego muzyka na ekranie monitora zobaczyli  całą historię Iraku i działalności imiennika. Zakir przez wiele godzin udowadniał, że nie ma nic wspólnego z irackim dyktatorem ani nie jest z nim w jaki-kolwiek sposób spokrewniony, a nazwisko Hussain nosi w Pakistanie oraz Indiach kilkadziesiąt tysięcy osób. Muzycy z afrykańskiego Mali, którzy  towarzyszyli legendarnej wokalistce Dee Dee Bridgewater mieli więcej szczęścia .Gdy trwały wielomiesięczne starania o wizy i poszukiwania aktualnych paszportów Malijczyków, Polska weszło do strefy Schengen. Nato-miast mały ,wynajęty samolocik uratował koncert Ala Di Meoli we Wrocławiu. Ten popularny gitarzysta i mój wieloletni kompan spóźnił się na samolot w Palermo i wylądował w Berlinie dwie godziny przed planowanym koncertem we Wrocławiu. Wielotysięczna publiczność przygotowana była już na odwołanie koncertu, ale walczyłem z przeciwnościami losu do koń-ca. Wynajęta w Berlinie  ‘cesna” na czas przyleciała z Meolą  do Wrocławia .


Najtrudniejsze i najpiękniejsze momenty Ery Jazzu?
Najpiękniejszy jest zawsze dla mnie moment rozpoczęcie koncertu, owo magiczne „ dobry wieczór Państwu”, gdy wiem, że wszystko jest zapięte na ostatni guzik, że publiczność tłumnie zgromadzona wyczekuje na pierwsze dźwięki, gdy muzycy skryci za kulisą uśmiechają się serdecznie by za moment rozpocząć jazzowa ceremonię. No i druga odsłona, gdy artyści i publiczność w gestach zachwytu
długimi brawami, domagając się bisów nagradzają koncert.
Piękny jest także moment, gdy spotykam się z artystą. Staram się zawsze osobiście witać gwiazdy. Zapraszam je i etykieta wymaga, bym zjawiał się z bukietem kwiatów na lotnisku. Wielkie damy estrady – od Diany Krall, Dee Dee Bridgewater, Abbey Lincoln, Dianne Reeves, po  Cassandrę Wilson, Angelique Kidjo  i Marizę bywają zaskoczone polskim powitaniem i gościnnością. Zazwyczaj rutynowa praca promotorów ogranicza się do precyzyjnego wypeł-nienia tzw. ridera, tj. podstawienia limuzyny wraz z przewodnikiem. Kiedy witam Herbiego Hanocka, Johna Scofielda, Joe Zawinula, Wayne’a Shortera jest mi niezwykle miło tworzyć natychmiast sympatyczną atmosferę wokół całego ich pobytu w Polsce. Kiedy witam Davida Murraya, Ala Di Meolę, Jana Garbarka – ceremoniał jest już kumpelski; znamy się i przyjaź-nimy od wielu, wielu lat.

Najbliższe plany i atrakcje Ery Jazzu?
Ciągle wyszukuje pomysłów, które nie są typowm estradowym przedsięwzięciem, lecz spe-cjalnie przygotowanym, autorskim pomysłem; Jednym z bodaj ciekawszy, jakie każdego roku przygotowuję jest pomysł łączenia muzyki jazzowej z tzw.muzyką klasyczną. Wielkim sukce-sem okazał się projekt Al Di Meola-Dino Saluzzi ( „Plays Astor Piazzola”); do historii polskiego jazzu przeszły wspólne koncerty polskiej orkiestry symfonicznej i Herbiego Hancocka ( „Gershwin’s Word”); ogromnym zinteresowaniem cieszyły się koncerty Orkiestry Kameralnej Amadeus/Agnieszki Duczmal z Al Di Meolą ( „ Vivaldi  & Jazz ”); jazzowe frazy wplatało w kompozycje J.S.Bacha trio Jacquesa Loussiera ( „Era Jazzu plays Bach”); niespotykanym w historii  europejskiego jazzu okazał się projekt „Penderecki Jazz”; ważnymi, koncerty dla wie-lotysięcznej publiczności saksofonisty Jana Garbarka oraz śpiewającego pieśni średniowiecza The Hilliard Ensemble, koncert  sopranistki  Barbary Hendricks spiewającej kompozycje le-gendarnych  twórców jazzu – Ellingtona, Portera, Gershwina .

Era Jazzu wystartowała  w Poznaniu jesienią 1998 roku zaskakując wtedy publiczność zesta-wem wielkich gwiazd, które – co na tamte czasy niebywałe – pojawiły się na klubowej estra-dzie Blue Note. Ale specyfiką Ery Jazzu było zawsze promowanie doskonałej muzyki. Często zapraszałem artystów, którzy koncertowali u nas po raz pierwszy i od tych koncertów rozpo-częła się ich popularność i uznanie w naszym kraju, np. Omar Sosa, Patricia Barber a nawet Mariza, która zaprosiliśmy do Polski po raz pierwszy . Teraz także festiwalowa Era Jazzu kro-czy tym samym rytmem: prezentacji najlepszej muzyki i wybitnych artystów .Program paź-dziernikowego festiwalu ( 13-19.X)  obejmuje zarówno koncerty światowych  gwiazd , jak i szeroką prezentację najciekawszych muzycznych zjawisk i trendów. Ekskluzywność koncertów Ery Jazzu polega na prezentacji najwybitniejszych twórców  oraz ich jedynych koncertów w Polsce. Wśród gwiazd m.in. Stacey Kent – najpopularniejsza wokalistka dzisiejszego jazzu, gitarzyści John Abercrombie, Ralph Towner i David Gilmore , egzotyczna artystka z Cape Ver-de- Carmen Souza ,   „pierwsza dama dzisiejszej bossanowy” -Paula Morelenbaum, genialny pianista Marc Copland, mistrz perkusji Joey Barron, legendarny saksofonista Paul McCan-dless, wirtuoz gitary basowej Reggie Washington,  trębacz „new jazzu”- Joo Kraus oraz chary-zmatyczny wokalista Vinx. Przygotowaliśmy  w Poznaniu wielkie święto kolorowego jazzu.

(*) Dionizy Piątkowski – publicysta i krytyk jazzowy;
promotor cyklu koncertowego ERA JAZZU;
autor pierwszej, polskiej Encyklopedii Jazzu




Z pamiętnika rockowego piernika

(17.06.2015)
13 czerwca 1970 roku odbyła się inauguracja jednej z wielu podobnych imprez jakie odbywały się w Polsce. Rytmy wystartowały jako jeden na z setek imprez muzycznych. Takich przeglądów i konfrontacji muzycznych było setki m.in. W Kaliszu, Płocku, Chodzieży, Olsztynie, Jeleniej Górze, Tczewie, Gdańsku, Koninie. Imprezę stworzyłem wraz z Jackiem Chudzikiem, przyjaciółmi związanymi z klubem Olimp i muzykami jarocińskiego zespołu Kwiaty.
Koncerty muzyków - amatorów trwały trzy dni, a wieńczył je finał, w którym występowały zaproszone zawodowe zespoły oraz zdobywcy Kameleonów, czyli nagród przyznawanych przez jury. Impreza budowała wizerunek miasta. W połowie lat 70tych W.R.M. stały się jednym z niewielu przeglądów marginalizowanej muzyki rockowej. W koncertach galowych występowały takie grupy jak Anawa, Blues Trio Wojciecha Skowrońskiego, Grupa Tramp, Grupa Stress, Kasa Chorych, Mietek Blues Band, Romuald i Roman, Niebiesko - Czarni. W czasach propagandy sukcesu i ugrzecznionej kultury socjalistycznej kilkutysięczny Jarocin przeniósł "święty ogień polskiego rocka" w lata 80.
 Niemal przez cały okres trwania przeglądu towarzyszył mu w charakterze kronikarza - Wojciecha Pietrzaka. 13 czerwca br. w Spichlerzu Polskiego Rocka w Jarocinie otwarto wystawę, która przypomina atmosferę i postaci, które tworzyły tamten niezapomniany czas. Dyskusje o tamtych latach dotyczyły wydarzeń bez uwikłań politycznych i moralnych kolejnych włodarzy miasta Jarocina. Wiedziałem, że będzie tłoczno na wernisażu przybyłem nieco wcześniej. Spotkanie z Wojciechem Pietrzakiem pod wieloma względami okazało się niezwykle. Ujawnił swoje talenty opowiadacza. Bardzo spodobał  się w roli narratora, opowiadając różne historyjki sprzed czterdziestu lat. O Jacku Chudziku mówiono jakby był pośród nas. I to wszyscy używali słowa "jest", a nie "był". Nawet jeśli ten i ów nie słyszał o Jego śmierci, słyszał o Jego działalności. Non omnis moniar - te słowa maja wartość ponadczasową, ale powiedzieć je można o nielicznych.
 Większość uczestniczących w wystawie Wojciecha Pietrzaka nie znała tych zdjęć. Może to dobrze, bo wskrzeszono polską/wielkopolską pamięć. Taka podwójna linia życia.

                                                               Krzysztof Wodniczak
                                                               zdjęcia Wojciech Pietrzak

(więcej)

2013-10-20// ZH - wciąż aspirujący do grona celebrytów

"Błazen sceniczny, średni instrumentalista, wciąż aspirujący do grona celebrytów, subiekt sprzedający gitary"
- tak o Zbigniewie Hołdysie pisze prof. Aleksander Nalaskowski z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. W felietonie zamieszczonym we Frondzie profesor przyznaje, że zapytał słuchaczy kim jest Z. Hołdys. Otrzymał 96 odpowiedzi. Wyniki: 9% -muzyk, 19% - sportowiec, 21%-aktor, 51% - nie wiem. No comments podsumowuje profesor. Nie ma się co znęcać nad nim bo nie warto. Na artystycznej emeryturze  próbuje być felietonistą. Niestety nie ma wiele mądrego do powiedzenia, ale  nie musi. Dziwię się prawicowemu profesorowi, że atakuje Hołdysa, bowiem ten kilkakrotnie dał popis swoich konserwatywnych poglądów. Niestety ta sama przypadłość dotyka zarówno muzyka, jak i profesora, obaj wychodzą ze swoich ról i obu to marnie wychodzi. nie oczekuje wyjątkowej mądrości od rockmana, również znawstwa muzyki od pedagoga. Z tej całej polemiki mogę wyciągnąć tylko jeden wniosek, gwiazdy popkultury nie potrafią godnie się zestarzeć, a akademicy nie buntowali się, wtedy kiedy był na to czas, więc dzisiaj są starzy wkurzeni. Kompleksy tu grają i tyle. Inna rzecz, że tak zwane "przekaziory" lansują głupotę, bo ta jest kolorowa i atrakcyjna, więc zaprasza się do programów celebrytów, co by wypowiadali się na tematy, o których nie mają pojęcia, bo intelektualiści i prawdziwi artyści są nudni, nie wykonają żadnego skandalu, nie obrażają nikogo i nie powiedzą nic głupiego, co można by powtarzać. Jeśli profesor chce zostać celebrytą, musi wiedzę i rozum wysłać na długie wakacje. Zdaje się, że z takim przypadkiem mamy do czynienia.
Jeśli chodzi o oceny artystyczne, to jest dokładnie odwrotnie, niż w cytowanym artykule. W przypadku Hołdysa, ceniłem jego szczerość wypowiedzi i charakter rockmana. Przed nim na naszej estradzie obowiązywał model grzecznego chłopca (za wyjątkiem Czesława Niemna Wydrzyckiego  i Krzysztofa Klenczona), który mógł się wypowiadać wyłącznie na dowolne tematy. Niestety, ale "Perfect" bez Hołdysa stał się karykaturą samego siebie,  produkcją popkultury. Niewątpliwie podziwiam wyczucie koniunktur  i genialne zdolności imitatorskie Grzegorza Markowskiego, który potrafi  trzysta razy w roku udawać ekstazę sceniczną. "Podziwiam" Bogdana Olewicza za umiejętność pisania piosenek o niczym, tak aby były na czasie, ale nikogo nie dotykały. Wbrew mitom i legendom, nie było interwencji cenzury w te
teksty i do dzisiaj są nijakie. Nie tylko u nas, każdy nurt, subkultura ma swój czas, to nic złego, że ktoś kończy karierę. Hołdys przestał występować, bo się wypalił, nie tylko jako muzyk, ale nie jest tajemnicą, że sporo kosztowała go walka z nałogami. Ale nawet za to, że nie próbuje odgrzewać starych numerów, i tak go niezbyt szanuję.

                                                                                                    Krzysztof Wodniczak                                                                                           

2013-07-20// Jarocin - kontynuacja

Szczęśliwą rękę ma obecne kierownictwo Jarocińskiego Ośrodka Kultury - a może to po prostu znajomość spraw którymi się zajmuje? Bo niepostrzeżenie miasto Jarocin stało się siedzibą wielu znakomitych zespołów, miejscem kultury w pełnym tego słowa znaczeniu. W JOK-u umożliwiono ośmiu grupom rockowym systematyczne próby: kilkudziesięcioosobowa grupa muzyczno - wokalna pod nazwą „Wóz Harrego” godnie reprezentuje jarocińskie środowisko kulturalne w wielu innych ośrodkach miejskich.
Tydzień przed festiwalem rockowym Barbara Kutera-nowa dyrektor Jarocińskiego Ośrodka Kultury przypomniała mieszkańcom tej małej Ojczyzny, że tutaj obywają się też koncerty pod szyldem: „Wielkopolskie Rytmy Młodych”!
Przez dziesięć lat (1970-1979)w Jarocinie organizowano przeglądy i koncerty muzyczne, które cieszyły się dużą popularnością. W latach siedemdziesiątych podobne imprezy odbywały się m. in. w Chorzowie, Jeleniej Górze, Olsztynie, Płocku, Kaliszu i Szczecinie. Jednak tylko „Wielkopolskie Rytmy Młodych” przetrwały próbę czasu. Okazuje się, że zagrano dalej  właśnie w Jarocinie! Na estradzie pojawili się niegdysiejsi Laureaci WRM, zdobywcy Złotych, Srebrnych i Brązowych Kameleonów, którzy przez ponad 40 lat nie stracili formy i grają w tonacji dur i moll – po prostu, kochają muzykę i publiczność. Pokazano mieszkańcom Jarocina, że „dobre się nie starzeje” .Zresztą przekonaliśmy się o tym sami! Wśród wykonawców były zespoły: „Hades” z Wolsztyna, „Fan Art” z Gniezna, „Takt” z Poznania, „Tandeta Blues Band” z Krotoszyna, „Wóz Harrego” z Jarocina i „Kasa Chorych”zBiałegostoku.To oni zagrali i zaśpiewali dla licznie zgromadzonej publiczności. Była też okazja do wspomnień, rozmów z wykonawcami i zdobywania przez fanów autografów. Dodajmy, że właśnie w czasie „Wielkopolskich Rytmów Młodych” zaczęła się ich przygoda z muzyką, która  dla niektórych wykonawców lipcowego koncertu trwa do dzisiaj.
Niektórzy nie mając rozeznania i nie chcąc ulegać samochwalstwu organizatorów nieco dystansują się do tego projektu .Informacja o ciekawych artystycznych działaniach i inicjatywach w muzycznej kulturze ma największy sens. To oczywiste!
Co sam mogę na ten temat powiedzieć, z umiarem i obiektywizmem? Jaki mam w tym udział?
 Środowiska lokalne animatorskie czy twórcze w regionie lub regionach żyją inaczej niż te w wielkich miastach  i bardzo silnie reagują na coś nowego i z entuzjazmem też je podejmują czy realizują. Kto się przebije do mediów, zwłaszcza ponadlokalnych, ma szansę urosnąć. Trzeba rozpoznać te inicjatywy i je w dostępny dla siebie sposób szeroko popularyzować. W kulturze nie powinno być białych plam. Ta polska lokalna aktywność jest również ważna. Wiadomo, że w prasie lokalnej powinna  być bardzo szczegółowo omawiana, prezentowana. Dla silnych inicjatyw trzeba szerszej platformy informacyjnej.
 Przekazane resume na temat tego spotkania muzycznego po latach jest zbieżne z opiniami samych muzyków i niejako z góry tezą, że oto znów pojawia się coś naprawdę godnego uwagi ,a nie coś pseudo, pod którą chcieli by się podszywać fałszywi zbawcy. Jakie mają związki ze środowiskiem muzycznym i jakie rozeznanie?
Jakie mają pojęcie o skali problemów? To bowiem chciałbym wiedzieć: co realnie proponują? Gładkie salonowe gierki, obrzydliwe skomercjalizowanie tego, co było wartościowe, które już nie przyciągają uwagi ,to martwota, pozorowanie bez efektów...) .
 Za to Burmistrz Jarocina Stanisław Martuzalski gorliwie deklaruje wsparcie tego ożywiającego projektu, kontynuację tego wspierania kultury (bez jednak dodatkowych środków finansowych).Tu kropla po kropli trafiająca do świadomości publicznej może zmienić nastawienia. Wiele jest inicjatyw, prób, niektóre  znajdują się poza okiem publicznym, a nawet niejawnych w samym środowisku. W tym związane z  otwieraniem okien na świat  w kulturze, szukających dróg do integracyjnych impulsów czy też oświatowych ...
 Miał miejsce też nader osobisty akcent. Otóż jeden z organizatorów dziesięciu wydań „Wielkopolskich Rytmów Młodych”, ja Krzysztof Wodniczak postanowiłem przyznać swoje prywatne nagrody statuetki WODNIKA wykonane przez znanego rzeźbiarza - Kazimierza Rafalika. Wodniczak od lat wręcza takie statuetki; otrzymali je już Krystyna Prońko, Halina Frąckowiak, Halina Zimmermann, zespół wokalny „AffabreContinue”, „SBB”, Wojciech Hoffmann ,Grzegorz Tomczak ,Piotr Kałużny, Wojciech Korda, Grzegorz Kupczyk, Dionizy Piątkowski, Józef Skrzek. Do tego grona w tym roku dołączyli Barbara Kutera i Bogusław Harendarczyk, Lech Czaban, Jarosław Kowala. Gratulacje z okazji dołączenia do rodziny Wodników!!!

                                                                                                    Krzysztof Wodniczak                                                                                           Zdjęcie Hieronim Dymalski

2013-06-01// Przecieram oczy ze zdumienia.

Czytam nazwiska wykonawców poszczególnych koncertów "zakontraktowanych" na tegoroczny 50 Krajowy Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu - i nie dowierzam
. Brak w tym zacnym gronie nazwiska WOJCIECHA KORDY. Ironia czy coś, co można skwitować jednym słowem - podłość. Niezorientowanym pragnę przypomnieć, że jego tzw. kariera zaczęła się właśnie w Opolu w 1964 roku. Nie ma poważniej encyklopedii, kompendium muzycznego i leksykonu, aby w materiałach źródłowych nie pojawił się jego biogram. Nawet w kronikach festiwali opolskich pojawia się to  nazwisko  jako jednego z laureatów.
Dla kultury muzycznej Polski Korda ma niekwestionowane osiągnięcia. Był i jest ( nie ma miesiąca przerwy od 49 lat, aby mówić, że Korda to przebrzmiała płyta) cenionym wokalistą, a organizatorzy festiwalu opolskiego jubileuszowego ! deprecjonują jego blisko półwieczną pracę w studio i na estradzie nie dopuszczając jego twórczości do publicznego wykonania w stolicy polskiej piosenki.  WOJTEK KORDA jest rozpoznawany na całym świecie - przed miesiącem występował w Berlinie dla Polonii z udziałem konsula RP w Niemczech T.Oliwińskiego. A tutaj w kraju spotyka go taki nietakt wręcz afront. Chcielibyśmy, aby wyjaśniono  przyczyny takiego postępowania przez organizatorów festiwalu. Kim są te osoby, które tak lekceważąco traktują seniorów.  Piszę w napięciu emocjonalnie z rozgoryczeniem, że coś takiego - gdzie jak gdzie ale w KULTURZE- mogło się zdarzyć. Zastanawia w tym konkretnym kontekście forma lekceważenia zasłużonego dla polskiej kultury wykonawcy. Czy nikt w gronie organizatorów nigdy nie słyszał nazwisko wokalisty Wojciech Korda? Jeśli tak to ich dobrze określa dając organizatorom świetne świadectwo znajomości polskiej muzyki rozrywkowej.  Każdy organizator muzycznego festiwalu ma zasadniczo klucz do  jego realizacji. Nie widzę tego podczas przygotowań 50 Krajowego Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu. Poza nadmiernym używaniem wyrazu super - który nic nie znaczy - od strony artystycznej jubileusz wypadnie średnio. Także dlatego, że nie zaproszono WOJTKA KORDY do udziału w żadnym w koncertów tegorocznego Opola. Czyżby był persona non grata? A jest j e d y n y m żyjącym laureatem ze Złotej Dziesiątki szczecińskiego festiwalu z 1962 r., a debiutował w Opolu z zespołem Niebiesko Czarni w 1964 r. - i w tym roku mija 49 lat od czynnie i nieprzerwanej jego artystycznej działalności. Wystarczy posłuchać piosenek WOJTKA KORDY, by dostrzec, że wcześniejsze lata w mojej ojczyźnie -może ubogiej i bolesnej - dawały ludziom nadzieję, ubogacały ich, zawierały mądrość życiową. Przy tych utworach słuchacze pochylają się, tupią, uginają się, wykrzywiają twarz, mrużą miny, naprężają się, przysiadają,  spinają się, krótko mówiąc żywiołowo reagują na wykonywany przeze niego repertuar. Nie znalazłem żadnej motywacji na wyeliminowanie tego wokalisty z występu w jakimkolwiek koncercie podczas  tegorocznego festiwalu. Nie musi być traktowany z wyszukaną grzecznością, ale jest to nie fair, że nie dostrzeżono go podczas tak ważnego jubileuszu. Bo nie należy do "Układu" i nie dobija się w żaden sposób o swoje... Są już rzetelne opisy festiwali opolskich i polskiej muzyki rozrywkowej. Jest WOJCIECH KORDA na tych łamach obecny. Historii nie należy pisać na nowo, bo to już było i nikomu nowe przypisy nie wyszły na dobre. Powiem nieskromnie prawdziwa muzyka zawsze powraca sama, nieproszona nawet po stu latach i nigdy nie da się zapomnieć. Chociaż często zapominam ile mam lat - nasze roczniki tak już mają - to wiem, co zrobił WOJTEK KORDA dla polskiej muzyki rozrywkowej.

                                                                                     Krzysztof Wodniczak


2013-03-21 // „Lans” na przekór czasowi i modom

21 marca 2009 roku na szczycie brytyjskiej listy przebojów znalazła się nowa wersja piosenki” Islands In The Stream”, napisanej przez braci Gibb Jednym z wykonawców był Tom Jones. Walijski „Tygrys” został tym samym najstarszym piosenkarzem legitymującym się numerem 1. na światowych listach przebojów. Kiedy piosenka zdobywała pierwsze miejsce w Wielkiej Brytanii, miał…. bagatela 69 lat.
Wcześniej, rekord ten utrzymywał - przez 49 lat - Louis Armstrong. Miał 67 lat, kiedy wykonywany przez Niego evergreen „What A Wonderful Word” w 1968 r. wspiął się na szczyt brytyjskiego zestawienia najpopularniejszych singli.
Oczywiście, wiek nigdy nie przeszkadzał też w sukcesach wielu innym muzykom i wokalistom. I tak, Pinetop Perkins, amerykański śpiewak i pianista bluesowy zdobył nagrodę Grammy w wieku 97 lat. Za najstarszego aktywnego muzyka na świecie uchodził Bill Tapia. Wirtuoz ukulele, który współpracował z takimi artystami jak Armstrong czy Presley, zmarł w 2011 r. - dożył 104 lat.
Tyle przykładów zagranicznych, teraz Franciszek Walicki ,który w tym roku skończy 92 lata i ciągle jest nad wyraz aktywnym animatorem kultury. Otrzymał zresztą wszystkie możliwe wyróżnienia artystyczne, odznaczenia i trofea.
Pisanie o nim, to wyjątkowa przyjemność. Prozaik, a może bardziej pamiętnikarz i poeta (niezliczone teksty piosenek), do tego znakomity gawędziarz i Człowiek obdarzony wyjątkowym słuchem językowym – oto niektóre przymioty Mistrza..
Jego ostatnia pozycja książkowa "Epitafium na śmierć rock and rolla", stanowi dowód, a może sygnał, że Franciszek Walicki zdaje sobie sprawę z przemijania, przecież nie żyje tylu jego „wychowanków", których odkrył na drodze impresaryjnej (Ada Rusowicz, Helena Majdaniec, Mira Kubasińska, Mariolaine, Bogusław Wyrobek, Krzysztof Klenczon, Leszek Bogdanowicz, Janusz Popławski, Zbigniew Podgajny, Andrzej Tylec, Maciej Czaj, Marek Szczepkowski, Henryk Zomerski, Mirosław Polarek, Marian Żyminski, Jerzy Dąbrowski, Marek Tarnowski, Wojciech Skowroński, Czesław Niemen Wydrzycki, Tadeusz Nalepa). Mimo ryzyka, jakim było przygotowanie właśnie takiej listy (i pojawiania się stale nowych nazwisk) , dowodzi ona , jaką Postacią pozostaje Pan Franciszek.
Od dawna nie walczy o siebie, jako "lansera" i tekściarza, raz po raz nurzając się w mrokach swej jaźni. Wciąż czymś zaskakiwał i zaskakuje nowym. „Dorobił się” świata swoich rozpoznań, własnych tropów. Wiedział, że trzeba zawierzyć wrażliwości odbiorców, wrażliwości niezmienionego poczucia współuczestnictwa w rozumieniu tego, co nazywa się „muzycznym trafieniem w sedno”. To dobry przejaw w busoli czasu.
W książce jest kilka spraw wartych uwagi. Po pierwsze, przygotowując się do starości, wbrew prowokacyjnemu tytułowi, „podkręca” maksymę memento mori. Po drugie, solenne przesłanie pozostawia nam, abyśmy się albo pochylili, albo przedyskutowali „bazę i nadbudowę” w przestrzeni publicznej. Nadal ma tyle ma do powiedzenia potomnym.

Wypada życzyć więc Franciszkowi Walickiemu zdrowia i w pełni zasłużonego przecież miejsca w panteonie muzyki rozrywkowej. Pozostał niezwykły ładunek emocjonalny w jego utworach. W Polsce na przełomie tysiącleci można go zaliczyć do wąskiego grona absolutnych liderów. Odcisnął bowiem niewątpliwie swoje piętno w polskiej kulturze XX wieku, o czym zawiadamiam jako jego nie tylko "wychowanek", gdyż był i ciągle jest dla mnie niedoścignionym mentorem.

Krzysztof Wodniczak

2013-03-11 // Urodziny Wojciecha Kordy.

W moim opasłym archiwum mam zapis magnetofonowy : BBC-69. Nie będę jednak recenzował tegoż zapisu muzycznego. Liczbę 69 wspominam bowiem  z innego powodu-byliśmy na Urodzinach Wojciecha Kordy, który właśnie ukończył 69 lat.
         Dotychczas w Gnieździe Ptaka organizowano Urodziny Artystom, których już nie ma wśród nas, żyjących -
Annie German, Ludmile Jakubczak, Elvisowi Presleyowi, Krzysztofowi Klenczonowi, Czesławowi Niemenowi – Wydrzyckiemu  i Romanowi Wilhelmiemu.

         Tym razem skorzystaliśmy z zaproszenia na wieczór poświęcony Wojciechowi Kordzie urodzonemu 11 marca 1944 r. w Poznaniu. Nie było owo spotkanie w żadnym stopniu podsumowaniem  dawnych,
czy niedawnych poszukiwań i ról, w jakie przez blisko pół wieku wcielał się wokalnie solenizant, lecz po prostu świętowanie artystyczne świętowanie Jego urodzin. Wraz z nim także wystąpili muzycy tacy jak: Tomasz Dziubiński, Andrzej Mikołajczak, Leszek Muth, Przemysław Śledź, Krzysztof Jarmużek, Tadeusz „ Mandat" Lis, Darek Rogers, Jarek Kowala, January Zaradny. Przybyli też licznie melomani, przyjaciele, a niektórzy z nich chcąc uczcić 69 rocznicę urodzin Wojciecha Kordy przynieśli na wieczór swe utwory prozaiczne i poetyckie,
zdjęcia archiwalne,
plakaty, foldery, książki, grafikę i obrazy poświęcone  temu wokaliście. Artysta zrewanżował się im w zamian za ofiarowaną twórczość swoją muzyką i śpiewem. A że jest wytwornym - Ba ! Wybitnym wokalistą - wieczór artystyczno-urodzinowy wypadł celująco. Uzdolniony także gawędziarsko wokalista przekazywał słuchaczom obrazki ze swego życia wykonującąc błyskotliwy mały powrót do barwnej, nie tak aż dalekiej przeszłości i zachwycając tym  wszystkich słuchaczy.

            Wykonania wokalne przez Wojciecha takich przebojów jak: „Niedziela będzie dla nas”,
„Powiedzcie jej”, „Andrea Doria”, „Mamy dla was kwiaty” w wersji swingowo-akustyczno-skrzypcowej niewiele przypominały te znane z wykonań Niebiesko-Czarnych. I dobrze, że  Korda zaprezentował nowe wersje, ponieważ nadały one starym przebojom niebanalnego, wręcz oryginalnego odczytania oraz nowych brzmień. Trzeba tu dodać - bardzo stylowych. Wszystkie wykonania (również te z utworami z repertuaru Elvisa Presleya i Jimi Hendrixa i rosyjskimi balladami typu „Bradiaga”, „ Kałakolczik”, o wykonaniu którego przez Kordę Czesław Niemen powiedział Jemu : „Śpiewasz to nie gorzej niż ja";takie wyznanie jest najlepszą recenzją ) uraczyły wszystkich świetnymi wykonaniami.

Wzniosłe karty śpiewania Kordy wybijały się w twórczości polskich rockmanów. Niebiesko-Czarni
- to był jedyny polski zespół, który bywał tłumiony przez normy i konsekwencje. Z czasem podjął walkę o należne mu miejsce. I wywalczył to miejsce,a to za sprawą buntowniczego wokalisty Wojciecha Kordy.

Po krótkim,
bo zaledwie dwugodzinnym występie okraszonym osobistymi  pogwarkami  i nawiązaniem do dawnych, niedawnych spotkań zostaliśmy poczęstowani smacznym tortem i lampką szampana. Wieczór możemy uznać za nadzwyczaj artystycznie udany.

          Obecnie czekamy na okrągłe urodziny, które nastąpią za rok. Artysta podczas spotkania stwierdził bowiem,
że na 70 Jego Urodziny zostaniemy zaproszeni do hali widowiskowo-sportowej Arena. Niech nas w tym czasie będzie i pięć tysięcy!!! Wojciech Korda ma na pewno w rodzinnym mieście tylu, a śmiem też twierdzić, że i zapewne więcej niż ta liczba swoich zagorzałych fanów!!!

                                             Krzysztof Wodniczak

2011-11-31 // KIEDY ZACZĄŁEM INTERESOWAĆ SIĘ  MUZYKĄ?

   Już w latach 50.,  kiedy miałem siedem lat, za tzw.  Gomułki. W moim  domu rodzinnym, w Ostrowie Wielkopolskim i po sąsiedzku, zdarzał w tym czasie głód (o czym przypomniał niedawno nadworny salonowiec i  poseł Platformy Obywatelskiej Stefan "Szczaw" Niesiolowski) i kołchoźniki na ścianach (tzn. głośniki podłączone napowietrzną siecią blisko biegnących obok siebie dwóch przewodów, drutów o niskim napięciu rozchodzących się z radiowęzła i amplifikatorni) .

Przez głośnik puszczane były komunikaty o zamykaniu wody lub wyłączaniu prądu na tej, czy innej każdego dnia ulicy, a poza tym kukułeczka kuka i hej, wio, wiśta kary, furman, radosne piosenki młodzieży wystylizowanej na folklor "Mazowsza" lub "Śląska". Dominowały kapele Dzierżanowskiego czy Namysłowskiego (nie, nie Zbigniewa). Jednak w programie I Polskiego Radia nadawano też piosenki w wykonaniu Marii Koterbskiej, Marty Mirskiej, Reny Rolskiej, Mieczysława Fogga, Janusza Gniadkowskiego, Chóru Czejanda. Później już było znacznie lepiej. Z eteru płynęła muzyka zespołu Gitar Hawajskich Jana Ławrusiewicza, a Edmund Kaiser grał na pięciu gitarach. Pojawiły się też stałe audycje "Muzyka i Aktualności" (propagandowa, ale ilustrowana muzyką niekiedy nawet "z zewnątrz"),  czy "Rewia Piosenek" Lucjana Kydryńskiego. Stan zamożności rodziców pozwolił na zakup radia marki Pionier, gdzie  do woli było można kręcić gałką  i wybrać  sobie stacje radiowe nie tylko zainstalowane w Polsce. Ojciec słuchał niedozwolonej Wolnej Europy, ja zresztą też bo była stała audycja muzyczna "Randevous o 6-tej dziesięć." A kiedy dowiedziałem się, że jest Radio Luxemberg wówczas nieprzespane noce nastolatka Krzysztofa stały  się normą. Do ostrowskiego Domu Kultury docierały też zespoły muzyczne z koncertami. Bywałem na nich. Jeden z występów (do dzisiaj pamiętam), zrobił na mnie ogromne wrażenie. Był to koncert Niebiesko-Czarnych z solistami Heleną Majdaniec, Wojciechem Kordą  i Czesławem Wydrzyckim. Mimo, że nie byłem wielkim fanem The Beatles, ale jak Korda, Klenczon, Niemen zaśpiewali "Twist and show" natychmiast zrozumiałem, że to pewni kandydaci na podbój list przebojów.
   Po półwieczu dowiedziałem się,  że Franciszek Walicki miał pomysł, aby z  tych trzech wokalistów stworzyć oddzielny, samodzielny ansambl wokalano instrumentalny. Ale by się dział
o!  Z pewnością,  gdyby taki zespół zaistniał nie byłoby ani Pięciolinii, ani Czerwonych Gitar, ani Trzech Koron, ani Akwareli. Cóż, historia polskiego rocka potoczyła się inaczej. I mamy to, co mamy.
                                                                               

                                                                                                              Krzysztof Wodniczak

2010-11-31 // Rock w Operze

 W ostatnią niedzielę października 2010 w Tatrze Wielkim w Poznaniu odbył się niezwykły koncert. Grzegorz Kupczyk wraz z grupą Ceti oraz orkiestrą symfoniczną i chórem zaprezentowali spektakl muzyczny "Akordy słów". Był to prezent "Akademii Rock and Rolla" na 100 lecie poznańskiej Opery.

 Nie bardzo wiadomo, kiedy pojawiło się określenie rock symfoniczny. Natomiast wiadomo, że już w 1972 roku w kanadyjskim Edmonton wraz z orkiestrą symfoniczną miejscowej filharmonii zagrał i zaśpiewał Gary Bardon i grupa Procol Harum. To była pierwsza próba mariażu rocka i symfonicznej konwencji. Później trio Emmerson Lake and Palmer spopularyzowało "Obrazki z wystawy" Modesta Musorgskiego - i tak zaczęły się eksperymenty formalno - brzmieniowe na większą skalę. Najbardziej spektakularnym koncertem była kompilacja grupy "metalika" z filharmonikami .W Polsce, z tego co pamiętam,  w 1993 roku w poznańskiej Arenie odbył się występ grupy Electric Light Orchestra z orkiestrą symfoniczna pod dyrekcją Wojciecha  Rajskiego. Zespoły rockowe Budka Suflera, Dżem i Perfect oraz Irek Dudek i Wojciech Waglewski także usiłowały się zmierzyć z filharmonikami, ale zabrzmiały matowo i bez rockowej energii. To były może śmiałe próby, ale niezbyt udane. W latach 90. próbował też Czesław Niemen. Wystąpił wraz z orkiestrą szkoły muzycznej im. Szymanowskiego na  warszawskim Żoliborzu, do której uczestniczyła córa Natalia. Niemen toczył też rozmowy z dyrygentem Nałęcz Niesiołowskim, który wówczas kierował filharmonią w Białymstoku. Może nie orkiestrowo, ale instrumentalnie Czesław Niemen wsparł Grzegorza Kupczyka z zespołem CETI i na płycie "Czarna róża" dograł instrumentalne pasaże, które wzbogaciły ten krążek. Szkoda, że nie doszło do zarejestrowania duetu Niemen - Kupczyk, bo po latach mielibyśmy niewątpliwy smak wysłuchać duetu jakiego nie było. A powinien takowy zaistnieć.

Teraz  możemy obcować z czymś zgoła jednolitym, wykonawczo doskonałym i na pewno mogącym poruszyć naszą wyobraźnię. Kluczem do programu i samego koncertu jest swoista opowieść, wcześniej opublikowana na dwóch płytach CETI: "Perfecto Mundo" oraz "Shadows of the Angel". A do tego Kupczyk and Company  (Maria Wietrzykowska, Janusz Musielak, orkiestra pod dyrekcja Wiesława Bednarka i chór szkoły muzycznej im. Fryderyka Chopina w Poznaniu) zbliżają nas do znalezienia wewnętrznej harmonii, rozbudzania rozmaitych bliskich nam skojarzeń, i możemy odgadnąć i wysłuchać najgłębsze echo. To przecież szósty zmysł człowieka. Pojawiające się w koncercie "Akordy słów" muzyczne kontrapunkty są tak zagrane i zaśpiewane, że dają  kolorystyczną fakturę brzmieniową wypełniającą rozległą przestrzeń.

 W trakcie koncertu w Operze Poznańskiej zaistniała niesamowita reakcja zróżnicowanej wiekowo publiczności. Otóż moi rówieśnicy czyli ci 50+ "kupili" rockowe rytmy i być może będą częściej przychodzili na dobre koncerty tej muzyki. Natomiast dwudziestolatkowie, po tak udanym mariażu rocka z symfonikami, zapewne częściej będą odwiedzali gmach Pod Pegazem, czy Filharmonię Poznańską. Grzegorz Kupczyk dokonał tego czego przez lata nie udało się wyedukować w systemie nauczania. Nie poprzez odgórne inicjacje rozśpiewania młodzieży, ale przez dobre przygotowanie koncertu, który przez swoją konstrukcję żywo  zapisał się w naszej pamięci. Wśród "Kupczykologów" dominują dwa stanowiska. Jedni twierdzą, że się on powtarza, drudzy, że ciągle zaskakuje. Obie frakcje zgodnie przyznają, że jest niezwykle muzykalny i nie odmawiają mu talentu. W żadnym ze swoich wcieleń nie nudzi, a "Akordy słów" są zwrotem w karierze i zapowiedzią poszukiwań w nowym kierunku.

  Na zakończenie chciałbym powiedzieć, że "Akordy słów" są bardzo poznańskie. Wykonawcami są artyści kochający swoje miasto. Koncert ten powinien uświetnić otwarcie stadionu miejskiego w Poznaniu. Stało się inaczej. Poznańska spektakl muzyczny doszedł do skutku nie dzięki włodarzom tego miasta, a dzięki m.in. "Akademii Rock and Rolla" działającej przy Fundacji Kultury.

2010-05-09 // MUZYCZNE TARGI W POZNANIU

"Poznaniacy pamiętają Presleya"- Jedyny koncert w Polsce.
   Grający wspólnie z Elvisem Presleyem muzycy złożyli mu hołd w Poznaniu. W rolę króla Rock&Rolla wcielił się Robert Washington,  uznany  za najlepszego na świecie imitatora głosu Presleya.
    Poznański koncert odbył się w ramach europejskiej trasy "The Oryginal Elvis Tribute 2010" i był jedynym w Polsce. Wystąpili w nim muzycy, którzy zagrali wspólnie z Presleyem setki koncertów. Byli to Duke Bardwell, grający na gitarze basowej i Michael Jarrett grający na instrumentach klawiszowych. Ten pierwszy zagrał z Presleyem ponad 180 koncertów oraz nagrywał z nim w studio. Zawsze unikał medialnego rozgłosu na temat jego współpracy z Elvisem. Grał na basie w jednym z największych przebojów Presleya z lat 70. - "T.R.O.U.B.L.E" oraz wykonał autorskie solo na gitarze. Na jednym z koncertów zaśpiewał "Lake Tahoe", co dla muzyka było wielkim zaszczytem. Podobną możliwość miało tylko 3 innych muzyków w czasie całej kariery Presleya! Duke Bardwell po raz pierwszy, od czasów zakończenia współpracy z Presleyem ponownie grał jego piosenki. Drugim z muzyków Elvisa był Michael Jarrett, mocno związany z królem R&R, gdyż nie tylko występował w jego zespole, jako instrumentalista klawiszowy - ale napisał dla niego kilka piosenek m.in. "I`ll Be Home On Christmas Day", czy "I`m Leavin". Tą ostatnią Presley bardzo lubił śpiewać na koncertach, szczególnie pod koniec swojej kariery. Jarrett twierdzi, że wykonania Presleya były bardzo zbliżone wersjom demo nagrywanym przez niego. Podczas koncertu usłyszeliśmy te piosenki w jego wykonaniu, czyli w takiej wersji, z jaką po raz pierwszy zetknął się Presley. Głównym solistą był Robert Washington, którego głos do złudzenia przypomina Elvisa. Wokalista ten, w prestiżowym konkursie "Images of Elvis", został uznany za najlepszego na świecie imitatora głosu króla R&R. Potwierdziła to publiczność w USA, Anglii oraz Japonii. Amerykański zespół uzupełnili dodatkowo wytrawni muzycy tacy jak: Mark Singer - hollywoodzki perkusista sesyjny (znany ze współpracy przy "Gwiezdnych Wojnach"), intrygująca piosenkarka i modelka Sue Moreno oraz niesamowity gitarzysta Chris Casello.

Krzysztof Wodniczak

MITAM 2010
ELVIS
ELVIS PRESLEY W POZNANIU

W radosny dzień na wschodzie a poprzedzający smutny u nas, 9 maja 2010 roku w niedzielę odbył się w Poznaniu wielki koncert..
Sala Wielka CKZamku w centrum Poznania. Na parterze i balkonie 600 widzów. O godz. 19.00 ma odbyć się widowisko muzyczne ELVIS - The Original Tribute 2010 - poświecone 75 rocznicy urodzin Króla Rock and Rolla.
W przepastnych wnętrzach CK Zamek, w holu jak w ulu. Gwar rozmów i oczekiwanie. Zespół muzyczny, sześcioosobowy z USA pojawia się spóźnionym pociągiem z Berlina. Jest w trasie koncertowej po Europie.
Aparatura nagłaśniająca, oświetlenie sceny, perkusja i instrumenty klawiszowe przygotowane.
Na totalnym luzie, jak Farada przed rokiem, muzycy wchodzą na scenę, na próbę tylko półgodzinną.
idzie wszystko sprawnie. Zadowalające ustawienia. Minimalne korekty. Próby instrumentów, dwóch głosów solowych męskiego i damskiego.
Widzowie i słuchacze wchodzą na salę zmierzając na swoje ponumerowane miejsca. Kamery i aparaty przygotowane. Żadnych zakazów!? Zaczyna się. Let's start..
Solista Robert Washington ma śpiewać, ale i grać aktorsko Elvisa. Back vocal - Sue Moreno w powłóczystej sukni obok gitary solowej Chrisa Casello w garniturze. Gitara basowa grającego z Presleyem przed laty Duka Bardwella też śpiewającego. Przy klawiszach, w kapeluszu z siwą brodą kompozytor wielu utworów Elvisa sam Michael Jarret.  No i ledwie widoczny perkusista Gantt Kees.
Zaczynają ostro i wspaniale. Utwory wolne i szybkie. Przewaga mniej wylansowanych, ale są i znane nam wszystkim. Duża ilość rock & rolla. Instrumentaliści bezbłędni i znakomici wszyscy. Wyróżnia się jednak rewelacyjny Chris. Ach jak on to robi.
Oczywiście główna postać to Robert, jako Elvis. Sylwetka, postura i wygląd zbliżony do Presleya.Śpiewa znakomicie i z duszą nie oszczędzając się wcale. Zmienia stroje, biega, ale i kładzie się na scenie jak również wędruje po sali. Co ładniejsze panie są przez niego ściskane i całowane. Szaleństwo.. Brawa, piski i krzyki jak przed laty.
Przerwa i następne półtorej godziny. Bisy ledwo wykonane ze zmęczenia. Był i "Fever "dla wszystkich i "Suspicious Mind" dla niektórych. Trzy godziny z muzyką niegdyś wykonywaną przez Elvisa Dreszcz wzruszenia i emocji do ostatniego akordu. To było to.!
Po koncercie każdy kto chciał mógł uścisnąć i podziękować artystom. Były płyty i książki, znaczki i zdjęcia. Specjalny numer magazynu muzycznego "Brzmienia" głównego organizatora koncertu Krzysztofa Wodniczaka dawano każdemu uczestnikowi koncertu.
Oczywiście konferencja prasowa na zakończenie. Otwarta i bezpośrednia. Niekończące się zdjęcia, zapytania i odpowiedzi.
Wreszcie koniec wieńczy dzieło. Opuszczamy gościnne komnaty Zamku. Nie takie to proste. Korytarze i schody, hole i przestrzenie nie do pokonania. Duke wpada w panikę, jako jedyny chyba w strachu o swoją bass gitarę. Ale wszystko kończy się dobrze. Hotel NH przy Św. Marcinie przyjmuje znakomitych gości. Koniec wielkiego zdarzenia muzycznego.

Tekst: Romuald Juliusz Wydrzycki

2009-08-14 // M I T A M

Monalizzy & The Devils w Poznaniu.

W piątek 14 sierpnia,  w ramach Targów Muzycznych MITAM, których otwarcia dokonali: Krzysztof Wodniczak i Maciej Cybulski w koncercie "50 Lat polskiego  rock and rolla" dedykowanemu ojcu chrzestnemu polskiego Big-Beatu - Franciszkowi Walickiemu wystąpiło wielu artystów: w wykonaniu Ani Rusowicz usłyszeliśmy piosenki jej mamy Ady Rusowicz - wokalistki Niebiesko Czarnych i duetu Ada i Korda, pamięci Krzysztofa Klenczona kilka piosenek zaśpiewał Maciej Wróblewski, zespół Nie-Bo z Piotrem Nalepą (synem Tadeusza Nalepy oraz Miry Kubasińskiej) przedstawił piosenki  Breakout w nieco innej aranżacji, niż ta do której byliśmy przyzwyczajeni. Koncert zakończył występ Józefa Skrzeka z zespołem SBB, który został  stworzony przez samego Franciszka Walickiego.

Jubilat przysłał list, odczytany przez Jerzego Skrzypczyka z „Czerwonych Gitar”, wspomniał w nim o zespole koncertującym u „Zegarmistrza Światła...' z Adą Rusowicz, Heleną Majdaniec, Mirą Kubasińską, Tadeuszem Nalepą, Krzysztofem Klenczonem, Wojciechem Skowrońskim, Januszem Popławskim, Ryszardem Rydlem, Grzegorzem Ciechowskim i Czesławem Niemenem.

SBB - znowu w formie. Rok z okładem minął od berlińskiego koncertu grupy, koncertu po którym napisałem, że  nie sądzę by mieli szansę na światowa karierę. Po poznańskim występie SBB, przyznam, że rockowy repertuar i „tsunami” dźwięków spod klawiszy Józefa Skrzeka wspierane  gitarą znanego Antymosa Apostolisa, grane pod rytmiczny dyktat węgierskiego (ciągle uśmiechniętego) perkusisty Gabora Nemetha, przekonał mnie, że SBB powrócił do formy sprzed lat. Łatwo było zauważyć, ze zespól skonsolidował się, dobór repertuaru był przemyślany, budujący dramaturgie koncertu. Był to występ, któremu szczególnej atmosfery dodawały zdjęcia sprzed lat, autorstwa Marka Karewicza, przedstawiające gwiazdy polskiego big-bitu.

Boogie Boys na MITAM 2009 w Poznaniu.
16.08.2009 na dużej scenie w ramach koncertu „Poznaniacy pamiętają Pesleya” wystąpiło Trio Boogie Boys. W gorące sierpniowe popołudnie - Magicy klawiszy- dołożyli do pieca. Dla mnie cofnął się czas, przypomniał mi się koncert Wojtka Skowrońskiego, na którym byłem w Poznaniu w roku 1973. Boogie Boys trzeba zobaczyć na żywo -  Opisać się tego nie da. Dlatego wejdźcie na stronę, gdzie umieszczono video z koncertu
http://www.mmpoznan.pl/6632/2009/8/17/tak-graja-tylko-w-poznaniu-wideo?districtChanged=true

Monalizzy & The Devils Nasza berlińska rock’n’rolowa wizytówka wystąpiła już dla rozgrzanej występem Boogie Boys publiczności, która doceniła artystyczne umiejętności The Devils i uległa urokowi Monalizzki.Grupa zaśpiewała piosenki znane niemal wszystkim na widowni: Well all right, Let´s have a party, Sweet little sixteen, Bee my baby, Stock on you, Stupid cuipit, Nadine, Tequila, Come Prima, Jambalaya, I´m sorry, Hello Josephine, My boy lollipop,   Blue Suede Shoes, Splish Splash, Shout, Sweet nothing, Lucille, Lipstick, Return to sender . Utrzymali temperaturę na widowni. Bisowali wielokrotnie…
http://video.aol.fr/video-detail/monalizzie-and-the-devils/3299761378

Michał Milowicz  -  to znany w Polsce aktor i interpretator Elvisa, mocny głos, ruchy - spóźniony tego dnia na pustej scenie stracił nieco blasku, ale nadrobił po występie pozostając cierpliwie do dyspozycji wszystkich fanów - autografy, wspólne zdjęcia. ..


W klubie Johnny Rocker w piątek 14 sierpnia wystąpił zespół z Magdeburga - Electrolloyd.
Ponadto z okazji targów MITAM w równą 40 rocznicę rozpoczęcia festiwalu w Woodstock w sobotni wieczór spędziliśmy w klubie SARP podczas "Nocy Hippisów" z zespołem Boogie Chilli.

Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego