www.rockinberlin.pl


Idź do treści

Promocja

Informator

Lech Makowiecki - PATRIOTYZM

Ośmielony ciepłym przyjęciem mojej poprzedniej płyty ("Katyń 1940 - ostatni list", z premierowymi balladami wojennymi) - odkurzam kolejne, zalegające po szufladach utwory. Tym razem kryterium doboru jest tematyka szeroko pojętej Wolności...
Utwór tytułowy krążka - "PATRIOTYZM" - jest próbą odpowiedzi na zadawane mi często przez dziennikarzy pytanie: "Czym jest dla mnie patriotyzm w czasie pokoju?" Nie wiem, czy w krótkiej piosence jest to w ogóle możliwe... Ale - jak mawiał bohater "Lotu nad kukułczym gniazdem" - przynajmniej spróbowałem...

To nieprawdopodobne, ale jedna z moich pierwszych ballad - "Miłość... Życie... Człowiek" - czekała na swą premierę prawie 40 lat! Pisana przez naiwnego 18-latka sąsiaduje teraz na płycie z utworem najnowszym - gorzką dumką "Wołyń 1943"...
Podobnie zatrzymanego przez cenzurę PRL-u "Wolnego Najmitę" poprzedzają współcześnie napisane "Szachy" (ballada z filmu Ani Pietraszek "Zawód: Prymas Polski") . "Szachy" to historia specgrupy SB-ków karateków, działających w cywilnym przebraniu. Używano ich do dyskretnych, acz brutalnych akcji przeciw opozycji. To byli prawdziwi profesjonaliści w swym fachu; dowódca oddziału posiadał nawet mistrzowski czarny pas! Stąd rytmiczne okrzyki karate w podkładzie utworu i zdeformowany przez milicyjną "szczekaczkę" głos solisty...
Ponadczasowe, mickiewiczowskie "Polały się łzy" i "Gęby za lud krzyczące" (tej ballady nie polubią nigdy żadni rządzący!) zaczerpnąłem z płyty "Zayazd u Mistrza Adama"... Wciąż mi się jeszcze marzy wprowadzenie dzieł Wieszcza pod strzechy...
Uniwersalne przesłanie niesie ze sobą ballada "Błogosławiony płynie czas". To próba oswojenia smutku po stracie najbliższej osoby. Większość ze słuchaczy odbiera ten utwór bardzo osobiście, a po tragedii smoleńskiej song zyskał zupełnie inne postrzeganie...
W ostatniej chwili zdecydowałem o zamieszczeniu na płycie moich archiwalnych, post-studenckich nagrań ("Dziki..." oraz "Tak długo..."), pobrzmiewających wyraźnie Dylanem, Wysockim i Okudżawą, na których się wychowałem. Optymistyczny "Ostatni Zayazd" (dedykacja dla mego śp. dziadka Teofila, legionisty Piłsudskiego), daje nadzieję na przywrócenie normalności w otaczającej nas "matrixowej" rzeczywistości...

Lech Makowiecki

Zaproszenie do księgarni

Nina Mueller & Marcin Piekoszewski otworzyli w Berlinie w dzielnicy Neukölln przy ulicy Sander pod numerem 8. polsko-niemiecką księgarnię, której celem jest zapewnienie czytelnikom w Niemczech łatwego i stałego dostępu do najnowszych tytułów z literatury polskiej oraz ich przekładów na język niemiecki.
5 listopada, w sobotę, o godz. 17-tej odbyło się oficjalne otwarcie księgarni.
Dodatkowe informacje na stronie internetowej: www.buchbund.de

WIATR OD MORZA, czyli Big Beat po szczecińsku - Film dok.

Okres małej stabilizacji lat 60-tych PRL, na Wybrzeżu był bardziej kolorowy niż w innych rejonach kraju. Dzięki importowi marynarskiemu na ulicach widać było koszule non iron, ortalionowe płaszcze i buty bitlesówki.
Od strony morza docierała również muzyka, płyty z przebojami Presleya, The Shadows ,The Beatles i cały zgiełk związany z rock and rollem. Chłopcy ze Szczecina i Gdańska mieli to pierwsi. Część z nich marzyła o podobnej karierze, sporej części jednak termin mocne uderzenie kojarzył się zgoła inaczej. Na Niebuszewie działał młodzieżowy gang "Czerwone koszule", na Gumieńcach Samuraje, a rejon ulicy Pocztowej i 5 lipca należał natomiast niepodzielnie do gangu Sorrento. Gangi na skuterach czy produkowanych w Szczecinie "Junakach" wyglądały podobnie jak ich koledzy w Liverpoolu, Paryżu czy Los Angeles.
To tutaj rodził się polski rock and roll nazywany wówczas big beatem.
Czerwono - Czarni z solistami m.in.: Kasią Sobczyk, Karin Stanek, Heleną Majdaniec, Michajem Burano, Henrykiem Fabianem oraz ogólnopolskie sukcesy pierwszej żeńskiej grupy wokalnej FILIPINKI rozsławiały imię naszego miasta.
Jeszcze głośniej o "chłopcach z nad morza" zrobiło się po I(1962) i II(1963) Festiwalu Szukamy Młodych Talentów .To na nich debiutowali tacy artyści jak Czesław Niemen, Kasia Sobczyk, Helena Majdaniec , Wojciech Gąssowski, Halina Frąckowiak, Karin Stanek, Krzysztof Klenczon ,Tadeusz Nalepa i wielu innych.
Wiało rock and rollem z Trójmiasta i Szczecina na całą
Polskę.
Film "Wiatr od morza....." jest pocztówką dźwiękową z obrazkami tamtych szalonych lat 60-tych.

Producent: Bogdan Bogiel, Krzysztof Bielecki
Scenariusz: Bogdan Bogiel i Mirosław Salski
Zdjęcia i montaż Mieczysław Szewłoga
Reżyseria :Mieczysław Szewłoga
Produkcja
BOOGIE PRODUCTION Bogdan Bogiel
2011


WYDAWNICTWO ROCKINBERLIN 2010/2011

Titeln / Tytuły

Inhalt - deutsch:

" Grußwort (Klaus Wowereit, Regierender Bürgermeister von Berlin)
" Editorial

" Mitam - Internationale Musikmesse
" Der gitarrenkreis
" Poznan erinnert sich an Elvis
" Simon van Downham

" Jürgen Jürgens, Radiomoderator
" Die Entdeckung Amerikas im Warschau der 60er Jahre
" Bremen - Wabrzezno
" Janband
" John Porter

" Verein polnische Alternative
" Andrzej Piwarski & Barbara Ur (Maler)
" Deutsch-polnische Akkorde
" Die Spezialisten für osteuropäische Musik in Berlin
" Oranzada
" Syper force
" Kokett an der Croisette
" Polnischer Schulverein in Berlin
" Teresa Nawrot und ihre "Reduta"
" Willy DeVille
" Zu Gast bei "Fredys Reise" Rockradio
" Die Wahrheit über Katyn
" MFA Kera
" Die Roten Gitarren
" Omega
" Gitarrenspektakel in Wroclaw
" Battle & Roll Boryszyn - Cora Lee beim Rockfestival
" Freyderyk Chopin
" Bartek Bukowski

Inhalt - polski:

" Mira

" Nowosc wydawnicza
" Viktoria Viktorii
" Ryszard Kaja

" Odkrywanie Ameryki - Warszawa lata 60'te
" ROBS
" Iwona Zwozniak
" Kokietowanie na Czerwonym Dywanie
" Westberlin - Ostberlin
" Dookola Rock'n'Rolla
" Truck'n'Roll
" Jimi

" Chris

ROCKIN'BERLIN

ROCKIN' BERLIN - Podoba mi się ta nazwa! Jest zwięzła i sugestywna. Już samo słowo "Berlin" jest nieobojętne i działające na wyobraźnię, bo kojarzy się na wiele sposobów z Kulturą i Historią przez duże "K" i"H": z muzeami, teatrami i legendarnymi kabaretami lat '20 i '30, z dramatem Wojen Światowych, z murem przez cztery dekady trzymającym to fascynujące miasto w stanie oblężenia, z prestiżowym festiwalem filmowym, targami muzyki country i Paradą Miłości, by wymienić tylko niektóre.

No i ten przymiotnik "rocking"... W pierwszym impulsie wiesz, że chodzi o muzykę rockową. I słusznie! Bo w Berlinie dużo się dzieje na tym polu: kluby, koncerty, sceny alternatywne... Ale w szerszym znaczeniu można to hasło przetłumaczyć, jako "rozkołysany Berlin", miejsce szalone, pełne twórczego fermentu, gdzie cały czas coś się dzieje. Akcja, nie stagnacja.

"Rocking Berlin", to świetny wieloznacznik. To znaczy "Rockowy" Berlin. Jeśli użyjemy skrótowej formy "rockin''' ("n" z apostrofem zamiast poprawnej końcówki imiesłowowej "ing") i wypowiemy to po Amerykańsku, wtedy mamy "rock in Berlin" - "rock w Berlinie". Ale tu przychodzą na myśl szersze skojarzenia kulturowo-historyczne z podobnymi zjawiskami z przeszłości: "Roaring Chicago" przełomu lat '20 i '30 z jego jazzem i prohibicją, czy "Swinging London" końca lat '50, gdy w powojennej, dotąd hiper-konserwatywnej Anglii budziła się nowa mentalność, obyczajowość i nowe koncepcje sztuki...

Przypomina mi się rewelacyjny film niemiecki z początku lat '80 pt "Comeback", o rockowym muzyku (grał go wokalista zespołu The Animals, Eric Burdon), który zrażony show-businessowymi układami w Stanach wyjeżdża do Berlina Zachodniego i dopiero tu znajduje warunki do swobodnego zrealizowania się. Koncepcja "Rockin' Berlin" wpasowuje się w klimat tamtych nurtów i koncepcji. Dobrze,że coś takiego powstaje!

Michael Lonstar

ROCKIN' BERLIN - Der Name gefällt mir! Er ist kurz und aussagekräftig. Schon allein das Wort "Berlin" ist einem nicht egal und wirkt auf die Vorstellungskraft, denn dieses Wort verbindet man auf unterschiedliche Art und Weise mit einer großen Kultur und mit einer außergewöhnlichen Geschichte. Ich darf hier nur einige Kulturereignisse und Anstalten erwähnen, ohne den Rahmen zu sprengen: die Museen, die Theater, legendäre Cabareten der 20-er und 30-er Jahre, das Drama der Weltkriege, die Berliner Mauer, die vier Jahrzehnte lang diese faszinierende Stadt im Belagerungszustand hielt, ein berühmtes Filmfestival, Country-Musik-Messe und die Love-Parade.

Das Wort "rocking"... Man weiß sofort, dass es sich um die Rock-Musik handelt. Richtig! In Berlin passiert eine ganze Menge: Klubs, Konzerte, alternative Bühnen... Breit verstanden könnte man die Losung als "schaukelndes Berlin" übersetzen, ein verrückter Ort, voll schöpferische Fermentation, wo ständig was los ist. Aktion, keine Stagnation.

"Rocking Berlin" ist eine wunderbare Vieldeutung. Es bedeutet auch "rockig" Berlin. Wenn wir die Kürzel "Rockin" anwenden ("n" mit Apostroph statt der richtigen Endung "-ing") und dies amerikanisch aussprechen, bekommen wir "Rock in Berlin". Aber hier kommen auch die gedanklichen Assoziationen kultureller und geschichtlicher Art mit ähnlichen Erscheinungen aus der Vergangenheit: "Roaring Chicago" in 20-er und 30-er Jahren mit Jazz und Prohibition, "Swinging London" vom Ende der 50-er Jahre, als im bisher hyper-konservativen Nachkriegsengland eine neue Mentalität, Brauchtum und neue Kunstideen erwachten.

Ich erinnere mich an einen hervorragenden deutschen Film vom Anfang der 80-er Jahre mit dem Titel "Comeback", über einen Rockmusiker (gespielt vom Sänger der "Animals", Eric Burdon), der enttäuscht von Show-Business-Beziehungen in den USA nach West-Berlin kommt und erst hier die Voraussetzungen für seine freie Selbstrealisierung findet. Das Konzept "Rockin' Berlin" passt sich ins Klima dieser Strömungen und Ideen hinein. Es ist wirklich sehr gut, dass so etwas entsteht!

Michael Lonstar

Rzeszów
Spotkanie z legendą
polskiego bluesa.

RockinBerlińczyk Bartek Bukowski spotkał się
z Tadeuszem Nalepą, a dokładniej, napotkał jego pomnik,
stojący w Rzeszowie na ulicy 3-go Maja.
Jeżeli ktoś chciałby mieć zdjęcie z polską legendą bluesa, powinien pofatygowac się do Rzeszowa.

PO PROSTU



W magazynie bawarskiej Polonii
"Po Prostu" napisali o nas...(na str.12.)

http://po-prostu.eu/images/stories/obrazki/arch_pdf/jesien_2010.pdf

Lech Makowiecki - KATYŃ

Śpiewana lekcja historii

Witam!
Uprzejmie informuję, że na rynku muzycznym pojawiła się moja płyta z premierowymi balladami wojennymi pt. "KATYŃ 1940 - OSTATNI LIST". Krążek zawiera 10 utworów, opisujących najważniejsze dla Polski epizody II wojny światowej.

Dla mediów są to piosenki zupełnie nieznane; jednak w internecie (zwłaszcza na You Tubie) mają już swych zagorzałych fanów... Tytułowy song z płyty doczekał się już kilkunastu wersji i grubo ponad pół miliona wejść. Wpisy młodych internautów są wzruszające... Właściwie to tylko dlatego postanowiłem sam wydać tę "śpiewaną lekcję historii" (duże firmy fonograficzne nie były nią zupełnie zainteresowane).

Tu można posłuchać amatorskich wersji kilku ballad:

http://www.zayazd.pl/zayazd-na-you-tube.php

Za granicą zespoły "Lube" czy "Sabaton" mają swoją całkiem pokaźną "niszę" odbiorców. Rzecz w tym, że my, Polacy, mamy prawo do własnej oceny Historii; szwedzka kapela równie ochoczo śpiewa o bohaterstwie polskich żołnierzy pod Wizną, jak i męstwie pancerniaków z Africa Korps feldmarszałka Rommla...

Licząc na wsparcie medialne mojej prywatnej "misji"
Pozdrawiam serdecznie

Lech Makowiecki
www.zayazd.pl


P.S. Informacje o płycie:

http://www.zayazd.pl/katyn_1940_ostatni_list.php


Przesłanie płyty "Katyń 1940 - ostatni list":


Te ballady pojawiały się w mej wyobraźni nagle, pod wpływem impulsu, wzruszenia, deja vu ("Szloch").
Pisane jednym tchem, na kolanie, w kilka minut. Bez poprawek i skreśleń...

Wojenne historie. Zbyt osobiste, łzawe, niemodne.... Latami wstydliwie skrywane w zakurzonych szufladach. Jak "Klasztor" - pokłosie studenckiej wyprawy auto-stopem na Monte Cassino (omal nie wywołałem wtedy III wojny światowej)... Jak "Błogosławiony..." (requiem) - rozpaczliwa próba oswojenia smutku po stracie najbliższych...

Film "Kolumbowie" obudził we mnie balladę "Czterdziesty Czwarty"... "Ostatni Żywy Człowiek" - to wizja zagłady ORP "Orzeł" - po samobójczym staranowaniu wrogiego okrętu... Utwór "Honor i Gniew" przypomina, komu zawdzięczamy wolną Ojczyznę... "Marsz Najemnika" to z kolei studium tego, który tę wolność odbiera. Gdziekolwiek, komukolwiek.

Najnowsza piosenka - "Quo vadis, Polonia?" - jest moją niezgodą na panoszące się w naszym kraju chamstwo i głupotę... I zarazem przestrogą...

Tragedia smoleńska przypomniała nam o tradycyjnych wartościach. Ośmielony, opróżniam zakurzone szuflady.

Nie szukajcie na tej płycie przebojów. Szukajcie prawdy. Wszystko już było, świat jest powtarzalny. Patrząc wstecz możecie uratować swą przyszłość... Setki tysięcy wejść i wzruszające komentarze młodych internautów pod balladą "Katyń 1940" (ostatni list) daje nadzieję, że jej przesłanie nie trafia w próżnię...

Czego sobie, Państwu, a zwłaszcza Polsce z całego serca życzę...

Lech Makowiecki

Obrazki z Egiptu

Rock ma wiele skojarzeń: góry skaliste w Ameryce, lodowce na Antarktydzie, dla nas takim miejscem mimo ciszy 3300 lat jest sala kolumnowa ze 134-ma potężnymi kolumnami w kształcie kwiatów (łodyg) papirusu, świątyni Amona w egipskim Karnaku, którą wybudowali faraonowie: Seti I i jego syn Ramzes II.
Potęga tych kolumn i magia tego miejsca, mogłaby być natchnieniem dla niejednego rockowego zespołu, a zainspirowana nimi płyta, na miarę Pink Floyd'owskiego - The Wall.


Pełny ekranWsteczPlayDalej

"Spojrzenia nie tylko na TEY-a"… nowa książka o poznańskim kabarecie

Rozmawa z Stefanii Pruszyńskiej z Krzysztofem Wodniczakiem, autorem książki "Spojrzenia nie tylko na TEY-a"…

Czy łatwo było Tobie "powspominać" i porozumieć się z bohaterami tamtych czasów, aktorami i twórcami kabaretu TEY?
- Co prawda, nie jestem " kadłubkiem" ani dobrym archiwistą swoich artykułów, lecz pamiętam wiele z nich z lat siedemdziesiątych. Pomógł mi najbardziej w przypomnieniu pewnych faktów TEY-owych Aleksander Gołębiowski, który twierdzi, że wówczas najmniej pił - i dlatego najwięcej pamięta...Napisałem tę książkę, gdyż takie socjologiczno-artystyczne zjawisko, jak TEY, nie zostało dotychczas należycie odnotowane. Zaledwie pięćdziesiąt omówień, wywiadów, artykułów, trzy prace magisterskie, jedna licencjacka, kilka wydań kasetowych i płytowych - to plon dziesięcioletniego istnienia TEY-a i trzyletniej działalności TEYATRU. To stanowczo za mało. Dodam jeszcze, że jeden z TEY-owców - Krzysztof Jaślar napisał 19 lat temu też książkę o TEY-u, ale więcej w niej kabaretu niż Jaślara. U mnie jest inna konstrukcja. Więcej jest Wodniczaka (a raczej jego wędrówek ) niż TEY-a, który dla mnie jest pretekstem do pokazania środowiska i ludzi kultury - tej oficjalnej i tej niezależnej - Poznania.

Wspominasz o artykułach na temat TEY-a. Przyznaj się do swojej aktywności popularyzatorskiej, swoistej misji w tej kabaretowej materii i dopowiedz, jak wyglądała Twoja droga do tej książki.
- Od lat poruszam się, korzystając z niegdysiejszych dokonań, chodzę alejami wspomnień, co prawda muzycznymi, organizując koncerty poświęcone Elvisowi Presleyowi czy Czesławowi Niemenowi Wydrzyckiemu, ale wspominki parateatralne to pierwsze wezwanie, które sobie narzuciłem. Przypomniałem lata siedemdziesiąte, choćby z tego powodu, że czynnie uczestniczyłem jako recenzent, opisując wszystkie programy kabaretu TEY. Pisałem o nich na łamach "Gazety Poznańskiej", "Tygodnika Kulturalnego", "Śpiewamy i Tańczymy, "Synkopy", "Panoramy".

Zastanawia mnie inspiracja, która sprawiła, że książce nadałeś tytuł "Spojrzenia nie tylko na TEY-a"?...
- Od 1968 roku, kiedy przybyłem do Poznania, by rozpocząć studia socjologiczne na UAM, związałem się z Klubem Dziennikarzy Studenckich działającym przy Radzie Okręgowej ZSP. Wydawano tam jednodniówkę "Spojrzenia", z którą nawiązałem współpracę. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych redagowałem nawet tematyczne numery - rockowy, reggae, bluesowy. PRL był wtedy tak opisywany, jak powinien wyglądać, a nie tak, jak wyglądał naprawdę. Jednak żaden z programów TEY-a nie rozgrywał się w nieokreśloności. Każdy zawierał wyraźne charakterystyczne cechy miejsca i czasu…

Moc kabaretowych spektakli TEY-a jednak wynikała z kreacji Zenona Laskowika i innych postaci tej sceny - prawdy odczuwanej silnie i powszechnie, a dławionej przez cenzurę i panujący ucisk komuny nad klarującą się z latami coraz wyraźniej społeczną wolą odmiany systemu z powodu ambiwalencji na co dzień (szeptano jedno w domu i w środowiskach nie znoszących czerwonego kagańca, a w oficjalnej sytuacji "filozoficznie" milczano). TEY czerpał jednak wtedy jednak wielką siłę z tak ostro zarysowanych sprzeczności i śmieszności systemu, które zresztą miały także swoją dramaturgię w powadze losów ludzkich, twórczych ograniczeniach i tej szarzyźnie życia - z ewolucją ku kolejkom po papier toaletowy... Jak postrzegasz sam te programy?
- Te programy stanowiły swoiste studium opisu, niekiedy kontemplacji, a i nie odrzucało polityki. Autorzy i wykonawcy TEY-a nie obierali typowych sekwencji obrazowych, lecz - pogłębienie metafizyczne. I wyznawali niemodną wiarę w człowieka. Próbowali złapać kontakt z sobą, ale podróż była ryzykowna...

Wielu kojarzy kabaret TEY z Zenonem Laskowikiem, uznając go za najważniejszą postać i kreatora specyficznej formuły scenicznej prezentacji, cieszącej się sympatią widzów. Czy TEY to jednak tylko sam Laskowik?
- Otóż, nie deprecjonując estradowej osobowości Zenona i jej wartości, trzeba jednak stwierdzić, że nie mniejsze znaczenie w kreowaniu TEY-a jako zjawiska pokoleniowo-kulturowego i jego legendy niemalże mieli wszyscy, którzy choćby zaledwie epizodycznie otarli się o tę scenę lub na niej się pojawili. Byli to przede wszystkim muzycy, scenografowie, tekściarze, drugoplanowi wykonawcy, a także organizatorzy imprez. TEY jednak nie zaistniał na ugorze, który trzeba było nawozić, jak radził działaczom kulturalnym Stanisław Jerzy Lec. Ten kabaret wyrósł przecież ze środowiska, z którym w jakiś sposób się identyfikował lub był identyfikowany. Uczestniczył w jego artystycznej kreacji, mającej wszelkie znamiona kultury studenckiej, którą jednakże uznawano za niewielki fragment polskiej kultury narodowej.

A pamiętasz ten moment z redakcji Dziennika Wielkopolan "Dzisiaj", gdy z mojej sieci informatorów (ten zamysł jednak troszkę działał) zadzwonił jeden z nich, by sprzedać swoją tajemną hiperwieść, że Laskowik rzucił TEY-a i założył torbę listonosza? Moje śledztwo na poczcie... i Twoja inicjatywa jako redaktora naczelnego...
- Tak. Rzeczywiście. Zenon nie od razu to chciał ujawniać...
Gdy pracowałam nad korektą-redakcją tej książki - niosło mnie wiele razy w krainę śmiechu z uwagi na dobrą pamięć tych spektakli i cytowane przez Ciebie fragmenty. I nie tylko... Czy wiesz coś o tym?
- To chyba dobrze świadczy o tej książce, że takie fragmenty kabaretu w niej działają z tak artystycznym wzbudzaniem optymizmu.


ALBUM

Marek Karewicz - "Człowiek ze złotym obiektywem"

Wybitny fotografik - Marek Karewicz bywa w Sopocie bardzo często. Tutaj ma swojego osobistego managera Wiesława Śliwińskiego i wspólpracującą z nim Fundację "Sopockie Korzenie". Jego bliskim przyjacielem jest również V-ce Prezydent Wojciech Fułek, który
wsparł inicjatywę producenta filmu - VIDEO STUDIO Gdańsk - w organizacji kolejnego wydarzenia na czesc Marka .
W sopockim Multikinie 24bm odbedzie się przedpremierowy pokaz filmu dokumentalnego Pt. "Człowiek ze złotym obiektywem" w reżyserii Tomasza Radziemskiego, wyprodukowany przez Video Studio Gdańsk w koprodukcji z programem 2 TVP S.A. i Domem Spotkań z Historią - Instytucją Kultury Miasta Stołecznego Warszawy.
Autorami scenariusza są: Wojciech Fułek, Tomasz Radziemski, Paweł Chmielewski. Do organizacji pokazu przyczyniły się poza w/w instytucjami, DKF Sopot , Towarzystwo Przyjaciól Sopotu i Multikino Sopot.
Film poświecony jest niezwykłej postaci fotografika, animatora kultury - Marka Karewicza, którego dokonania w postaci wielu wystaw krąża po całym świecie. Jest nierozerwalnie związany z Wybrzeżem Gdańskim dokumentując ponad 50 letnią historię muzyki jazzowej i rockowej w Polsce. Dokument filmowy pt. "Człowiek ze złotym obiektywem" to barwna i nasycona historią opowieśc o muzyce, fotografowaniu i fotografowaniu muzyki….. Te trzy wątki filmu spaja osoba Marka Karewicza, fotografika z przebogatym dorobkiem, którego głównym tematem są ekspresyjnie grający muzycy, w większości znani jazzmani. To on przez niemal 50 lat rejestrował wszystko co się działo na muzycznej scenie w kraju.
W filmie pełnym archiwalnych materiałów bohater opowiada anegdoty związane z atmosferą, jaka towarzyszyła koncertom między innymi Rolling Stonsów, Milesa Daviesa, Elli Fitzgerald i wielu polskich wykonawców. O Marku, który jest również autorem niemal dwóch tysięcy okaldek płytowych mówią między innymi : Irena Santor, Ewa Bem, Wojtek Korda, Hanna Bakuła, Marek Gaszyński, Franciszek Walicki, Piotr Metz, Wojciech Trzciński, Zbigniew Korpolewski, Rosław Szajbo, Grzegorz Markowski, Leszek Możdżer, Przemek Dyakowski oraz Stefan Kraszewski i Maciej Kosycarz. Wedrówkę po wydarzeniach muzycznych dopełnia próba porównania dzisiejszego sposobu fotografowania, w dobie fotografii cyfrowej, z klimatem jaki towarzyszył robieniu zdjęc w latach 60-tych czy 70-tych ubiegłego stulecia, kiedy w aparacie spoczywała klisza, a gotowe odbitki powstawały w ciemni fotograficznej.
Ten film już miałem zaszczyt obejrzec i serdecznie zapraszam wszystkich fanów fotografii do premiery, która odbedzie się uroczyscie na antenie TVP2 już wkrótce, a o dokładnym terminie na pewno poinformujemy naszych czytelników.
Marek Karewicz jak mało kto zasłużył na taki wspaniały dokument i cieszę się bardzo, ze tak mocno jest związany z Sopotem o którym wspomina bardzo często w swoich niebywałych anegdotach o gwiazdach rodzimego i swiatowego showbuiznessu.

Niech żyje rock'n'roll, jazz i "nasz" Marek!

Wieloletni jego fan i przyjaciel

Wojtek Korzeniewski


Powrót do treści | Wróć do menu głównego